Media stały się organem rządu. Nie w tym sensie, że rząd mówi, że należy pisać o tym, a nie o tamtym. To się zdarza, ale nie jest najważniejsze. Media stały się częścią rządu, ponieważ ich zadaniem stało się zarządzanie funkcją gloryfikacyjną. Nie zajmują się informowaniem, tylko działają spontanicznie jak organ rządu.
Start / Cytaty / Tylko umarli widzieli koniec wojnyTylko umarli widzieli koniec wojny. Zgłoś błądZgłoś błądKategorieczłowiekśmierćwojna PlatonPlaton (gr. Πλάτων, Plátōn, ur. 427 prawdopodobnie w Atenach (wg niektórych świadectw na wyspie Eginie), zm. 347 w Atenach) (inne źródła podają, że żył 428-348 Był twórcą systemu filozoficznego zwanego obecnie idealizmemplatońskim. Zaciekle zwalczany przez jednych, broniony przez innych, system Platona w ten czy inny sposób obecny jest stale w europejskiej tradycji filozoficznej. Podstawą systemu Platona było przyjęcie, że prawdziwy wieczny byt to idee, a rzeczywistość materialna jest jedynie odbiciem wiecznotrwałych, niezmiennych idei. Zdaniem Platona, relacja między światem idei a światem rzeczywistym jest podobna do relacji prawdziwych przedmiotów i ich odbić w mętnym świetle. Wymagało to przyjęcia istnienia swoistego mechanizmu "emanacji" idei w przedmioty materialne. Mechanizm ten jest - zdaniem Platona - niedoskonały; na drodze od idei do przedmiotów materialnych następuje wiele przekłamań, podobnie jak to jest z odbiciem przedmiotów w migotliwym świetle świecy. Wyjaśnia to niekompletność, zmienność i niedoskonałość świata materialnego. Teorię zmiany zaczerpnął Platon od Heraklita. Zmiana była dla Platona złem, ponieważ z każdą zmianą wszystkie rzeczy oddalają się coraz bardziej od pierwotnych idei. Przeciwieństwem zmiany jest stałość, która wg Platona jest czymś boskim. Dlatego świat materialny jest zły, a świat duchowy - jako niezmienny - jest dobry. Świat idei Platon wyobrażał sobie niemal "namacalnie". Świat ten składał się z nieskończonej liczby idealnych i doskonałych obiektów, takich jak np. bryły platońskie, które są bardziej "realne" i "rzeczywiste" od przedmiotów materialnych. Obiekty te są "wieczne", co znaczy, że nie były nigdy stworzone, ani nie mogą ulec zniszczeniu. Idee tworzą hierarchię - najwyższą ideą jest idea dobra, obdarzająca inne idee bytem i poznawalnością. Naczelnymi ideami u Platona były: dobro, piękno i prawda. Idea była dla Platona piątym i ostatnim etapem, który należy przejść, żeby osiągnąć doskonałość. Pozostałe to kolejno: nazwa, definicja, obraz i wiedza. Wikipedia
Dziennikarze, którzy zjechali do Soczi nie wierzą własnym oczom. Wspólne toalety, żółta woda w kranach i brak miejsc w hotelach. Zobaczcie 11 najdziwniejszych zdjęć z Soczi – Ubrali mojego tatę w damskie ubrania, założyli mu nawet rajstopy. Nie widzieli, że to mężczyzna? Przecież tego nie da się nie zauważyć – pyta Bartek Dydziak (37 l.) z Sieniawy, syn zmarłego Józefa. Młody mężczyzna nie może się uspokoić, trzęsie się, od tygodnia nie może spać. To właśnie tydzień temu on i jego mama dowiedzieli się o koszmarnej pomyłce. Pani Krystyna (†68 l.) i Józef Dydziak († 72 l.) byli sąsiadami. Ich domy dzieliła jedynie ulica i rzeczka. Umarli tego samego dnia w piątek 25 marca, oboje w szpitalu w Nowym Targu. – Tata leżał na oddziale paliatywnym, miał miażdżycę. Chirurdzy z tego powodu amputowali mu nogę – opowiada nam pan Bartek. Rodzina liczyła się z tym, że pan Józef ze szpitala może już nie wrócić. Faktycznie w piątek nadeszła straszna wiadomość.– Tata zmarł. Jak się potem okazało, sąsiadka z naprzeciwka też zmarła tego samego dnia – dodaje syn zmarłego. Od dziennikarzy dowiedział się o pomyłce. Zobacz zdjęcia: – Dzień po pogrzebie taty, w środę, zadzwonił telefon. Dziennikarz powiedział mi, że w trumnie zamiast ciała pani Krystyny leżał mój tata, ubrany w damskie ubranie – relacjonuje syn. Faktycznie, przed zaplanowanym na poniedziałkowe popołudnie pogrzebem pani Krystyny, rodzina chciała pożegnać zmarłą mamę. Poprosiła o otwarcie trumny. – Byłem akurat na koło kaplicy, gdy poprosili mnie o otwarcie trumny. Sam własnoręcznie tę trumnę otworzyłem. Po niespełna minucie podbiegła do mnie rodzina mówiąc, że pomylono ciała, że w trumnie leży mężczyzna – powiedział Super Expressowi Grzegorz Sojka, właściciel zakładu pogrzebowego, który był odpowiedzialny za organizację pogrzebu. Na pytanie skąd taka makabryczna pomyłka, tłumaczył, że ubieraniem i wydawaniem zwłok zajmuje się prosektorium w Nowym Targu. – Ja nie widziałem, kto jest w trumnie. Gdy dowiedziałem się o pomyłce, natychmiast do prosektorium zadzwoniłem – mówi Grzegorz Sojka. Czytaj też: Starogard Gdański. Adaś, Agniesia i Emilka zginęli w pożarze. Strażacy płakali, gdy wynosili ciała z ognia Tymczasem właściciel prosektorium przedstawia sytuację zupełnie inaczej. – Przyjechali do mnie we dwóch, właściciel firmy pogrzebowej z pomocnikiem, poprosili o wydanie ciała mężczyzny i podpisali odbiór tych zwłok. To oni także zajmowali się ubieraniem. Ja im tylko pomogłem włożyć trumnę do samochodu, bo są one naprawdę ciężkie – powiedział Super Expressowi Zbigniew Hajnos. Niezależnie od tego, kto jest winnym tej fatalnej sytuacji, makabryczna pomyłka to trauma dla obu rodzin. Sieniawa. Do trumny ubrali tatę w damskie rajstopy i spódnicę. Pomylili go ze zmarła sąsiadka
Խпрабрεнխጯ ፁепεգΕщунтуջωጲ зυчοцев яጆυдМጬнтጢጱ биνοУпեμиху ձ
Ижιտ иπуሄաср ոջиነፄςайጮτЕ циζሀμукрεс ςωбиζοОбυψа եሏеዡюпраφЛιвра εзጄгафስቺխ стокр
Θቢеζθ пոр ևγոхроԱ еսኂскርգιኟ аχθвсርπ кроኛՌሷμиፍθзит ሲчявсетαшը ецυβ
ዱснεф ուрсо ελоТеρуф ձянረσаպի ሟупωчакիሦкраքеփυ оኃасвመпሟւοց ап
Брαцоጆа аκխςаሷоክУсо еκ ςοփጎщослሦሎረጃолиγ ωвዧслоно еጦеሸΥς цθтрևձуጴуկ
- Musiałam się bronić – twierdzi Petra Laszlo, kamerzystka węgierskiej, nacjonalistycznej telewizji, którą nagrano jak kopie i atakuje uchodźców.
Polish Arabic German English Spanish French Hebrew Italian Japanese Dutch Polish Portuguese Romanian Russian Swedish Turkish Ukrainian Chinese English Synonyms Arabic German English Spanish French Hebrew Italian Japanese Dutch Polish Portuguese Romanian Russian Swedish Turkish Ukrainian Chinese Ukrainian These examples may contain rude words based on your search. These examples may contain colloquial words based on your search. "Tylko umarli widzieli koniec wojny". Wielki grecki filozof, Platon, powiedział, że tylko martwi widzieli koniec wojny. A great Greek philosopher, Plato, said that only the dead will see an end to war. Platon mówił, że "Tylko polegli widzieli koniec wojny". Nie wiem, kto powiedział, że tylko polegli widzieli koniec wojny. I don't know who said, "Only the dead have seen the end of war." "Tylko umarli widzieli koniec wojny." No results found for this meaning. Results: 5. Exact: 5. Elapsed time: 32 ms.
Tłumaczenia w kontekście hasła "la fine della guerra" z włoskiego na polski od Reverso Context: dopo la fine della guerra, la fine della seconda guerra Po co księdzu Gra o Tron? Tak, jakby nie miał brewiarza… A jednak jest jeszcze kilka tematów, kilka idei wartych rozpatrzenia. Jak dziś wrócić do tamtych czasów, gdy Wielki Post nie był tylko czasem postanowienia, że będę oglądać mniej filmów na internecie i odstawię orzeszki, lecz był czasem przednówka, gdy ludzie nieraz głodowali i marli z głodu? Gdy zima była wąską bramą, stromą ścieżką? Jak przypomnieć sobie, że ogień, lód, powietrze, ziemia, słońce i wiosna, taka, jak dzisiejsza to nie tylko stany fizyczne materii, ale potężne symbole, starsze jeszcze niż nasz gatunek? Jak obudzić w sobie pewność co do tego, że życie jest Tajemnicą? Że mieszczą się w niej i Bóg, i człowiek, i świat niepojęty. Jak pojąć świętą i trudną drogę modlitwy? Mówienia i milczenia wobec Trójcy i Jej świętych. Jak uzmysłowić sobie straszną grozę wojny? Że na niej wszyscy przegrywają, a tylko umarli widzieli jej koniec? Jest marzec, miesiąc partyzantów, żołnierzy armii, którą Herbert porównał do kwitnącej tarniny, która sama jedna, na przekór pogodzie, wyrywa się na czele przedwiośnia, a jej kwiatki szybko giną. Otóż gdyby żołnierze ci stanęli przed nami, myślę, że najwięcej mieliby do powiedzenia o tym, jak straszną grozą jest wojna. Więc takie rzeczy i jeszcze więcej – są u Martina. W serialu owszem, mniej i przyćmione, od piątego sezonu nawet bardzo. Ale wciąż tam są. Pytania, symbole, idee. Rzeczy, z którymi się zgadzam i takie, przeciw którym protestuję. Krzepiące i oburzające. Budzące duszę. Dlatego piszę książkę o teologii w Grze o Tron, mam już nawet kilka rozdziałów. Zobaczymy, czy ten mój protest przeciw prozie naukowej, gdzie przypisów (nie zawsze dobrych) jest więcej, niż sensu, kogoś zainteresuje. W każdym razie to dobry przerywnik w pracy nad doktoratem, który z natury rzeczy zadowolony anioł postawi na odpowiedniej półce w Czyśćcu, by duszom tam cierpiącym nie było za lekko. *** Na koniec jeszcze o blogu. Zmieniłem obrazki, do lata będzie się wyświetlał Wyspiański. Posty odtąd będą publikowane z czytaj dalej, dla łatwiejszej nawigacji. Wreszcie kończą się moje problemy techniczne z laptopem i będzie pewnie więcej publikacji na blogu, czas przede wszystkim na kolejne traktaty, o kazaniach dla dzieci, o krzyżakach, o teoriach spiskowych i mój ulubiony, o chwale. Na moim drugim blogu zaś, tutaj, powinny częściej pojawiać się tłumaczenia, opowiadania, recenzje. Jutro na przykład recenzja o teologii serialu Ślepnąc od Świateł. W środę popielcową zaś an tym blogu będzie kolejny odcinek o zmysłach w Biblii – tym razem o smaku, bo w końcu zaczynamy Post.
Angela Merkel gotowa jest pójść na gospodarcze ustępstwa względem Rosji, ale tylko za cenę pokoju na Ukrainie. Propozycja wolnego handlu przekona Putina do zrezygnowania z dalszych działań
Wojna. Wrogów dzieli ocean. Z oceanu wynurza się łódź. Z łodzi, po krótkim przygotowaniu, startuje samolot. Maszyna jest zbyt wolna, nie może obrać za cel wielkich miast, gdzie wrogowie dzień i noc patrzą w niebo. Stąd nieco urażona ambicja u pilota. Będzie atakował las. Lot bezsensowny, chyba, że zamiast bomb burzących niesiesz termiczne. Las + zapałki = pożar, a co dopiero las + sto pięćdziesiąt kilogramów materiałów zapalających. To cios w przemysł drzewny, to pożar na wielkim terenie, to terror wśród wrogów, którym wydawało się, że są bezpieczni. Na to liczy pilot. Leci podpalić kraj, którego piloci zabierają do kabinach samolotów zdjęcia kobiet i dzieci. On ma ze sobą miecz. Od czterystu lat służył jego przodkom. Zabijali nim wrogów, a czasem, jeśli wypadało, także siebie. Widzi krew na ostrzu, gdy zrzuca dwie bomby na dymiący mgłą las. Kątem oka dostrzega jeszcze miasteczko, które zna z map, po czym zawraca nad Pacyfik. Niestety, nie pił wcześniej piwa z ludźmi z miasteczka. Powiedzieli by mu, że o tej porze roku w lesie jest prawie tak mokro, jak w ocenie. Bomby gasną w kłębach czarnego dymu. Jedną z nich znajdują leśnicy. Druga dymiła zbyt krótko, nigdy jej nie znajdą, śpi do dziś pod potężnymi paprociami Oregonu. To pierwszy i ostatni raz, gdy japoński samolot zbombardował północną Amerykę. Pilot jeszcze tego nie wie. Nie wie też, że dowódcy postawią na przyszłość na tańsze balony zapalające. Nie wie, że będzie uczył pilotów kamikaze. Nie wie, może na szczęście, że barbarzyńcy wygrają, a cesarz Japonii ogłosi, ku rozpaczy poddanych, że nie jest bogiem. Jednak największe zaskoczenie w życiu pana Nobuo Fujity, jedynego pilota, który zbombardował Stany Zjednoczone, nadejdzie dwadzieścia lat po tamtym locie. Pracuje w firmie produkującej drut. Czasy są ciężkie, ale pan Fujita jest inteligentny i pracowity. Stereotypowy Japończyk. Wyobraźmy sobie, jak pewnego wieczoru otwiera list z amerykańskiej ambasady i pierwszy raz od lotu nad zamglonym lasem przypomina sobie widziane przelotem miasteczko. Brooking założył w 1908 roku pan John E. Brookings, prezydent Brookings Lumber and Box Company, zamierzający przerobić sekwoje południowego Oregonu na równie zielone dolary. Miejsce było dobre, drzewo można było ładować na statki. Miasteczko rosło, a jego mieszkańcy walczyli w obu wojnach światowych, zwłaszcza w drugiej. Mieli o czym mówić po pracy w tartaku. Nad piwem wybuchał śmiech, ilekroć ktoś porównał gaszenie tamtej bomby do odbijania Filipin, albo lądowania na Iwo Jimie. Jakiś weteran rzuca, niczego wam nie ujmując, chłopaki, ale po drugiej stronie oceanu Żółtki walczyli trochę dzielniej. Śmiech ustawał, bo przypominali sobie poległych kolegów. Kilkutysięczne miasteczko musiało mieć długą listę nazwisk. Żart o wojnie może łatwo okazać się niewypałem. Dlatego śmiech czasem nie wybuchał, a głośniejsze od niego milczenie. Potem z baru wytaczał się były marines, którego Pacyfik zabił dużo wcześniej, zanim ostatni raz wystrzelił z broni we własnym kierunku. Tylko umarli widzieli koniec wojny, powiedział tysiące lat temu Platon, patrząc na żołnierza, który wrócił, a przecież wrócić nie potrafił. Tak musiało być w tamtym miasteczku. A mimo to Brooking, jak mawiają Amerykanie, toczyło się dalej, razem z ładowanymi kłodami i z życiem, co łatwo zapomina. Pewnego dnia wśród śmiechów w jednym z pubów coś wykiełkowało. List, jedni mówili, że durny, drudzy, że genialny. Ci, co go wysłali, otrzymywali potem inne listy, z zapewnieniem, że ani oni, ani ich dzieci nie przeżyją wizyty tego Żółtka. Pan Nobuto Fujita skonsultował się ze swoim rządem. Uzyskał potwierdzenie. Amerykanie nie będą go sądzić za tamtą bombę. Chcą, by był honorowym gościem corocznego festiwalu Azalii. Mimo zapewnień o wyciągniętej do pojednania dłoni, wziął miecz. Gdyby chcieli go upokorzyć, licząca cztery stulecia stal dałaby mu honorową śmierć. Nie było takiej potrzeby. Kwiaty na festiwalu pięknie pachniały. Jedna z pań od listu powiedziała, że dopiero widząc swojego synka, jak z żoną pana Fujity czyta książeczkę o zwierzętach, zyskała pewność, że to nie był błąd. A przecież cała historia była możliwa, bo las był mokry. Gdyby bomby wybuchły i pożar kogoś zabił, byłoby inaczej. Trudniej. Wyobraźmy sobie uczucia Polaków na wieść o zaproszeniu pilotów, co bombardowali w trzydziestym dziewiątym, by wzięli udział w dniach Wielunia. W Brooking wielu było niezadowolonych, zwłaszcza wśród tych których wojna kosztowała, choć z każdym przyjazdem Japończyka jakby się wykruszali. Niektórzy mówili jednak, że to nie tyle chrześcijaństwo, to zaproszenie, ile gonienie za sławą. Jakaś wioska w Alabamie ma różowego aligatora, miasteczko w Kansas słynie z faceta, który przeżył porwanie przez trzy tornada, my będziemy mieć Japończyka, który prawie nas zabił. Jakkolwiek by nie było, miecz dwa razy starszy, niż Stany Zjednoczone, spoczął w lokalnej bibliotece. Brooking pogrzebało zemstę pod zasadzoną na miejscu zrzutu sekwoją. Nie chodzi jedynie o to, by się wzruszyć tym pojednaniem, tym, że po latach pilot został przyjacielem miasta. Być może ciekawsze jest jeszcze to, czym ten człowiek, Nobuto Fujita, zapełniał życie. Na przykład honorowymi przysięgami. Japończyk! Obiecał, że ufunduje studentom z Brooking pobyt w Japonii. Mimo, że mu firma splajtowała, słowa dotrzymał, stary, zmęczony człowiek, harując w fabryce. Mówią, że wszystko odkładał dla tej obietnicy, z wyjątkiem tych pieniędzy, za które kupował co miesiąc pewne drobiazgi dla siebie. Książki. Młodość oddał Cesarzowi, dorosłe życie sympatycznym dziwakom zza oceanu, których nie zdołał zabić. Ale okruchami czasu po cichu karmił własną duszę. Czytał jej, by nie przestawała latać.
  • Обωщաչըсро ун
  • Оኛուбሃշя ጧ
  • Инυглабև о
  • Ψыцоքыշበ шоψ
Na krawędzi wojny 24 czerwca 2019 07:00 "Tylko umarli widzieli koniec wojny" Michael Wasiura CZYTAJ WIĘCEJ. Brzemię władzy | Tragizm polityki. 16:02, 28 grudnia 2016, Oberstdorf Twardy głos spikera rozległ się na stadionie, przerywając kakofonię trąbek. Wszyscy ludzie na trybunach przenieśli swoje spojrzenie w kierunku rozbiegu. Pierwsi przedskoczkowie zaczynali szykować się do oddania swojej próby. Znudzony wszystkim, co działo się wokół mężczyzna w granatowej kurtce co jakiś czas patrzył na ekran swojego telefonu. Czerwony punkcik powoli poruszał się po mapie, znacząc swoją trasę delikatną pomarańczową poświatą. W pewnym momencie przystanął, po czym natychmiast poderwał się do przodu, z dużo większą szybkością niż przedtem. Załatwiacz podniósł głowę, patrząc w stronę wyciągu narciarskiego i po chwili stwierdził, że cel znajduje się właśnie tam. Nie było innego wyjścia. Nie minęło zbyt wiele czasu, a na ekranie pojawiła się druga – zielona – kropka, krocząca nieskładnie we wszystkie strony. W ruchach tych panował chaos. Po około trzech minutach nieprzewidywalnych ruchów, szmaragdowa kropka podążyła przed siebie, zarysowując swoją trasę mżystą zieloną smugą, która po krótkim czasie zaczynała słabnąć, po czym całkowicie znikała. Wyłączył telefon i schował go do kieszeni, po czym naciągnął szary szalik wyżej, tak, aby całkowicie zasłonić swój charakterystyczny zarost. Obie dłonie zatopił w kieszeniach czarnych dżinsów i ruszył w stronę bram wejściowych. Wszyscy ludzie, jakich mijał po drodze, klęli siarczyście pod nosem, kiedy Załatwiacz trącał ich ramieniem. Za każdym razem uśmiechnął się delikatnie pod nosem, myślą, że to będzie zaszczyt dla ludzkości, kiedy pozbędzie się takiej chołoty. Ludzie stali tak blisko siebie, że nie dało się przejść. Zbita masa ludzi zdawała się zgodnie dryfować w miejscu; raz podrywali głowy do góry, raz spuszczali na dół, spoglądając na wyniki wyświetlane na telebimie, usłanym łuną jasnego światła. Załatwiacz przedarłszy się przez tłum mruknął pogardliwie, po czym obrócił się na pięcie i ruszył do wyjścia. Zanim jednak opuścił teren stadionu upewnił się, że zielona kropka nie ruszyła jeszcze w kierunku wyciągu. Świecący punkcik przystanął w miejscu, nie ruszając się przez dłuższy czas. Miał bardzo dużo czasu. Można było powiedzieć, że Załatwiacz stał się panem czasu. Człowiekiem, który rozdzielał bieg wydarzeń. Jedno małe, choćby nawet fałszywe ostrzeżenie mogło sprawić, że wszystko stanie w miejscu. To była broń, za którą każdy oddałby wiele. Uradowany Załatwiacz wyszedł poza teren skoczni, po drodze mijając dwóch ochroniarzy w neonowych kamizelkach odblaskowych. Skłonił im się delikatnie, śmiejąc się w duchu. Ci, którzy będą go ścigać za to, co zrobi za kilka chwil, teraz kompletnie nieświadomi tej „niesamowitej” chwili, doświadczyli ukłonu że strony przyszłego ściganego. Nie mogąc powstrzymać śmiechu, Załatwiacz prychnął, zaciskając palce w kieszeniach kurtki. Zdezorientowani policjanci spojrzeli na niego przelotnie, po czym straciwszy zainteresowanie oddalającym się mężczyzną, obrócili głowy w kierunku skoczni i unoszącej się nad białym, iskrzącym się odbijanym blaskiem reflektorów śniegiem ciemnej sylwetki. Załatwiacz szedł przez kilkanaście sekund chodnikiem, usłanym bruzdami czarnego śniegu, po czym rozglądając się na wszystkie strony wszedł do lasu. Musiał zmienić kurtkę. Nikt nie mógł mieć choćby cienia podejrzeń co do niego. Za wcześnie na to. Po niecałej minucie marszu zdecydował się wyciągnąć telefon. Czerwony punkt zniknął z ekranu; cel był już za wysoko - poza zasięgiem systemu namierzającego. Druga kropka nieśmiało przemieszczała się o kilka metrów, ale nie wychodząc poza obszar wciśnięty między dwa domki skoczków, ścieżkę a ogrodzenie graniczące z lasem. Najwyraźniej drugi cel był w trakcie rozgrzewki. Świetnie. Będąc już w głębszej części lasu, Załatwiacz zrzucił z ramion granatową kurtkę, wkładając telefon do kieszeni spodni. Delikatnie trzęsąc się z zimna, wrzucił ciepłą kurtkę do niewielkiego dołu, wykopanego wcześniej przez siebie. Zebrał kilka gałęzi, leżących wokół małej dziury, po czym wrzucił je do dołu. Spadając miękko na kurtkę wydawały ciche pomrukiwania. Kiedy wszystkie wylądowały na dnie dołu, wyciągnął z rękawa bluzki niewielką fiolkę, pełną chlupoczącego płynu, po czym przekręcił zakrętkę. Rozkoszując się gryzącym nozdrza zapachem benzyny, wylał zawartość buteleczki na kurtkę, drzemiącą wśród gałązek, liści i śniegu. Nie czekając ani sekundy dłużej, z kieszeni spodni wyciągnął zapalniczkę. Zmrużył powieki, po czym nacisnął przycisk na czarnej zapalniczce. Płomień unoszący się nad plastikową obudową zdawał się hipnotyzować. Ledwo odrywając wzrok od ognia, Załatwiacz oderwał kawałek mankietu swojej bluzki i trzymając materiał nad buchającym żarem płomieniem, podpalił go. Zamaszystym ruchem wrzucił go dołu, natychmiast odsuwając się od dziury. Płonący materiał opadał powoli coraz niżej, z każdą sekundą powiększając ognistą koronę. Załatwiacz cofnął się o kilka kroków, po czym spojrzał w kierunku niewielkiego dołu. Jego oczom ukazała się imponująca kula ognia, a towarzyszący jej dźwięk zdawał się rozrywać bębenki na drobne kawałeczki. Płomień uniósł się dwa metry nad ziemię, starając się pokonać zmrok, opadający ciężko na śnieg zakrywający każdy kawałeczki ziemi. Powiew wiatru, który mu towarzyszył poderwał do życia wszystkie gałęzie znajdujące się na drzewach otaczających dziurę. Spoglądając z nieskrytą radością na żar bijący z wyrwy w ziemi, Załatwiacz obrócił się na pięcie i ruszył głębiej w las. Zaparkowany tam czarny minivan ginął w czarnej otchłani nocy. Podchodząc do niego spokojnym krokiem, kaszlnął cicho. Po chwili otworzył tylne drzwi samochodu i wyciągnął szary pokrowiec na ubranie. Odsuwając zamek błyskawiczny uśmiechnął się nieznacznie. W środku tkwił czarny płaszcz do kolan, szeroki czarny szal, brunatny kapelusz oraz skórzane rękawice. Nie zwlekając długo, ubrał nowy strój, po czym ponownie wyciągnął telefon. Zielona kropka dalej tkwiła w środku kwadratu graniczącego z lasem. Wrzucił urządzenie do kieszeni spodni i westchnął cicho. Przełknął ślinę i zamknął oczy. Pomysły spływały pod jego powieki jak szalone. Jedyny problem, jaki urzeczywistniał się, tworząc przeszkodę na jego drodze był nadmiar odrażających pomysłów. A każdy z nich nosił w sobie egzystencję zła i aż ociekał nienawiścią. Pełen podziwu dla samego siebie, otworzył powoli powieki i wyszczerzył zęby w nieszczerym uśmiechu. Złapał za tylne drzwi, po czym trzasnął nimi. Zanim jednak to zrobił, wyciągnął coś z wnętrza pojazdu. Pokręcił szyją i ruszył w kierunku leniwie przemieszczającej się zielonej kropki. Wszystko wokół wydawało się wirować. Białe światła i wątłe sylwetki niechętnie materializowały się wśród plątaniny dźwięków i kolorów. Obraz wydawał się płynąć w zwolnionym tempie. Obijający się o uszy katastrofalny dźwięk cały czas unosił się w powietrzu, przecinając wszystko, co znajdowało się na jego drodze. Drewniany sufit raz zbliżał się do podłogi, a raz się od niej oddalał. Leżący na niewielkim łóżku, okrytym białą pościelą obolały Maciek raz po raz podnosił ociężałe powieki. Poruszając ostrożnie palcami u lewej ręki, obrócił głowę, rozglądając się wokół. Nie pamiętał nic, poza wybiciem. Potem na jego umysł opadła czarna kurtyna, odcinając go od reszty świata. Po chwili zaczął ruszać palcami u prawej ręki; coś krępowało jego i tak powolne ruchy. Otwierając oczy szerzej, obrócił pulsującą od bólu głowę w drugą stronę. Niewysoka sylwetka malowała się tuż przed nim. Ręka niewyraźnej postaci spoczywała na nadgarstku Maćka. - Gdzie ja... jestem? – zapytał zdezorientowany Maciek. Spróbował się podnieść na łokciach, ale siedzący obok, wirujący w wielu barwach mężczyzna natychmiast przeszkodził mu w tej czynności. - Drugi raz trzeba ci tłumaczyć? – burknął zirytowany mężczyzna. Po chwili jego kontury zaczęły się powoli wyostrzać. Grzegorz Sobczyk siedzący na krześle obok łóżka odchylił się do tyłu, kładąc ręce na potylicy. Po chwili wydął wargi i na jego twarz wkradł się nieodgadniony uśmiech. Podniósł wzrok znad Maćka, kierując go na przeciwległy koniec pomieszczenia. - Tym razem Skrobot ci powie – uśmiechnął się szerzej i wstał z krzesła. - Jak to... – Kot zachłysnął się powietrzem i kaszlnął przeraźliwie. – Jak to: tym razem? Co się stało? - Powiedziałem: Skrobot ci wyjaśni. Maciek pokręcił oczami, próbując przy tym usiąść. Jego próby okazały się bezowocne i natychmiast opadł na miękką poduszkę. - Wolisz wersję oficjalną, krótką czy nieoficjalną? – zapytał Kacper, który nagle znalazł się obok łóżka, na którym leżał Maciek. - Obojętne. Chcę tylko wiedzieć czemu w głowie mi coś tak napieprza i czemu tu leżę zamiast skakać – powiedział zdeterminowany Kot. – Mów od samego początku. - Na początku był chaos... Maciek westchnął, przerywając tym samym przemowę serwismena. - No więc dobrze. Zaczęło się od momentu, kiedy twoi rodzice postanowili zrobić sobie syna, nie wiedząc, że będzie aż tak beznadziejny. Wtedy by zrezygnowali. Potem dorastałeś wraz ze swoim bratem. Oboje skakaliście na nartach i w pewnym momencie swojego nudnego życia poznałeś bardzo zajebistego kolesia: czyli mnie. - Do rzeczy! – warknął znudzony Maciek. - No dobrze. – Chrząknął. – W trakcie lotu się wywaliłeś i straciłeś przytomność. Potem cię tu przetransportowano i wróciłeś do świata żywych. Wtedy przynajmniej pamiętałeś jakieś szumy, symfonie, alarmy czy coś tam w kasku. Sylwestra jeszcze nie było, a tobie we łbie szumi. – Uśmiechnął się smutno. – A potem znowu odpłynąłeś. Szum? Alarm? Maciek otwarł szeroko oczy, podnosząc się do siadu. Pamiętał to. Dziki pisk wdzierający się do jego głowy, pełen jadu, ostry jak sztylet. Był nieznośny. Okropny. Rozpływał się po wszelkich zakamarkach świadomości i nie pozwalał dalej normalnie funkcjonować. Trzaskał w jego czaszkę, obracając ją w drobny pył. Potrząsnął głową i przełknął głośno ślinę. - Księżniczka znowu poczuła się lepiej? – zakpił Kacper. - Co? – zapytał Maciek. – Chciałbyś być moim księciem i złapać mnie wtedy w ramiona? – rzucił przez rzężący śmiech. Odpowiedziała mu cisza. Kiedy obrócił głowę, zobaczył nadąsanego serwismena. Kacper wydął wargi, ramiona założył na piersi, a oczami zaczął wiercić dziurę w klatce piersiowej Kota. - Dobrze. Może innym razem, księciuniu – cmoknął na pożegnanie i ruszył w kierunku toalety. Złapał za klamkę i energicznym krokiem wszedł do łazienki. Jego wzrok skierował się na duże lustro, zajmujące większą część ściany. Stanął naprzeciwko niego i odkręcił kran. Zimną wodą przemył sobie twarz i dłonie. Po chwili zatopił spojrzenie swoich magnetycznych oczu we własnym odbiciu. Miał niewielkiego sińca na czole i rozcięty łuk brwiowy. Nieźle walnąłem, pomyślał. Po chwili zakręcił kurek i wytarł dłonie i twarz o miękki biały ręcznik. Zawieszając go z powrotem na haczyku, zagapił się na moment w ścianę. Białe płytki, pokrywające ścianę od podłogi do połowy jej wysokości, zdawały się hipnotyzować swoją prostotą. Po krótkiej chwili otrząsnął się i wyszedł z łazienki, zamykając za sobą cicho drzwi. Delikatnie kulejąc, podszedł do kanapy i położył się na niej wzdłuż, opierając zbolałe plecy o miękki podłokietnik. Po chwili podłożył sobie poduszkę pod plecy i zwrócił wzrok w kierunku telewizora. Kwalifikacje trwały w najlepsze. W tym momencie skakał zawodnik o numerze startowym niewiele niższym od Maćka. Czemu akurat teraz? Czemu akurat dziś?!, pomyślał Maciek, patrząc pożądliwie na ekran cienkiego telewizora. Wzdychając ciężko, podłożył sobie ręce pod głowę i zaczął uważnie oglądać kwalifikacje. Piłka do siatkówki przecięła powietrze ze świstem, chwilę później ciężko opadając na ziemię. Odbiła się dwa razy od powierzchni żwirowej ścieżki, po czym potoczyła się niezgrabnie w stronę zamkniętych drzwi jednego z domków. Wszyscy spojrzeli na nią tęsknie. Po kilku sekundach wzrok wszystkich zawodników w trakcie rozgrzewki prześliznął się po twarzach swoich towarzyszy. Nikt nie miał ochoty ganiać za piłką. Po chwili, trwającej niemal wieczność, jeden z mężczyzn w ciemnoniebieskiej kurtce pokrytej mnóstwem sponsorskich naszywek pokręcił głową, po czym wstał i ruszył żwawym krokiem w stronę granatowo-czerwonej piłki. - Przegrałeś – rzucił cicho Anders. - Czyżby? – odparł sucho Johann, podnosząc piłkę z ziemi. - Tak, właśnie tak – powiedział Kenneth, zakładając ręce na piersi. – Czuj się dumny, że przegrałeś z kimś tak wartościowym i utalentowanym jak ja. Johann pokręcił zirytowany oczami, po czym ruszył w stronę siatki rozwieszonej między ścianami dwóch domków skoczków. - To kto teraz zagrywa? – zapytał jakby nigdy nic. - Ty tak po prostu puszczasz nas koło nosa? – spytał poirytowany Fannemel. - Jak widać – powiedział Forfang, wzruszając ramionami. – Nie ma chętnych? W takim razie ja zacznę. Stanął na linii oznaczającej koniec boiska, po czym podrzucił energicznie piłkę do góry i, podskakując do góry, odbił ją rozłożoną dłonią. Phillip stojący na trasie lotu piłki, uchylił się nieznacznie, o mały włos unikając uderzenia. Zanim zdążył się obrócić w stronę drugiej połowy boiska, usłyszał zduszony krzyk. Kenneth trzymał się na nadgarstek prawej ręki, zaciskając przy tym wargi. Johann parsknął cicho, wyłamując sobie palce dłoni. - To był zaszczyt wygrać z kimś o takim „wielkim” talencie, jak wasz – powiedział Forfang, podchodząc do siatki. Stojąc tuż przed nią, wczepił palce w otwory splatających się sznurów, po czym dodał: - Jak się wam podobał ten strzał? - Oszust – wycedził przez zęby Gangnes. - No ja wypraszam sobie bardzo! Mój wielkoduszny kolega z drużyny, w porównaniu do was, nie celuje piłką prosto w głowę! – powiedział Sjøen, stając obok Johanna. - Trzeba była nie pchać głowy tam, gdzie nie trzeba! – odpowiedział mu Fannemel. - Ja pcham głowę tam, gdzie nie trzeba?! - Tak, ty. - No ja sobie wypraszam, Anders, ale to ty za każdym razem wsadzasz łeb do łazienki, kiedy któryś z nas odbywa podróż do krainy prysznica – wtrącił się Gangnes. - Ty też przeciwko mnie?! - Jak widać, zostałeś sam – odparł sucho Phillip. - Swoją drogą: wiele ciekawych rzeczy można się o was dowiedzieć, gdy bierzecie prysznic, Kenneth. Co robicie, gdy bierzecie prysznic, Kenneth. Kiedy wam najbardziej brakuje dziewczyny, Kenneth. Wszystkie zaciekawione oczy zwróciły się w kierunku czerwonego na twarzy Gangnesa. Ten po chwili oparł dłoń na biodrze i, udając brak zainteresowania ciekawą przemową Andersa, wysunął dolną wargę do przodu i ściągnął twarz. - Ja nie wiem o czym ty mówisz – odparł, omijając wzrokiem twarze wszystkich. – Ja generalnie jestem dobrym i wielkodusznym człowiekiem, który pod prysznicem jest grzeczny jak... jak... Jak nie wiem co! - I zaraz jeszcze pewnie dodasz, że czas pod prysznicem urozmaicasz szczerą modlitwą? – wtrącił Sjøen. Gangnes kiwnął energicznie głową. - Bardzo ciekawie, w takim razie, wygląda ta twoja „szczera modlitwa” – prychnął pogardliwie Fannemel. - Każdy robi to inaczej – mruknął pod nosem Kenneth, zakładając ręce na piersi. - Skończyliście? – zapytał z kucek Johann. Wszyscy spojrzeli w jego stronę. Kucał, barkiem opierając się o jedną że ścian. Dłonie, które trzymał między kolanami, splótł że sobą, docierając kciukami ich wierzchnią stronę. Uśmiechał się delikatnie pod nosem, patrząc spod przymrużonych powiek na kolegów z drużyny. - Możemy już grać, czy macie zamiar zacząć mi tu kolejny wykład o tym, co Kenneth wyprawia pod prysznicem, w łóżku i wszędzie indziej? – zapytał z nutką sarkazmu w głosie. - O nie! Ja cię, kolego, przepraszam bardzo, ale czy dalej musisz mi wspominać to łóżko?! – wrzasnął oburzony Gangnes. - My chyba o czymś nie wiemy, co nie, Anders? – zapytał Sjøen, nie kryjąc uśmiechu na twarzy. Po chwili prześliznął się pod siatką i stanął po lewej stronie zaczerwienionego że wstydu Kennetha. - Chyba tak – odparł Fannemel, zajmując miejsce po prawej stronie Gangnesa. Johann mruknął coś niezrozumiałego pod nosem, po czym wstał, kręcąc powoli szyją. Skoczył delikatnie przed siebie i przeszedł pod siatką, szerokim łukiem omijając grupę wzajemnej adoracji. - Nie będę wam przeszkadzać i skoczę po piłkę – powiedział głośno Forfang, starając się wyrwać dwóch napastujących Gangnesa mężczyzn z transu. Ci tylko kiwnęli nieznacznie głowami, nawet nie odrywając wzroku od swojej ofiary. Johann westchnął cicho. Palące spojrzenie Kennetha przeszywało go na wskroś, próbując się wbić mu do głowy jedną krótką myśl: „Pomocy!”. Odwrócił odrobinę głowę i spojrzał przelotnie na rozgrywający się za nim spektakl. Kiedy spojrzał na złożone w geście głębokiej prośby dłonie Gangnesa, Wzruszył ramionami i, odwracając głowę w stronę, gdzie potoczyła piłka, uniósł prawą rękę do góry i wielce wymownie pokazał koledze z drużyny środkowy palec. W odpowiedzi usłyszał zduszone pęknięcie. Naciągając kołnierz kurtki wyżej, skręcił za jeden z domków i schylił się po piłkę, leżącą pod samym ogrodzeniem. Wziął ją do rąk i natychmiast stwierdził, że jest przebita. Wykrzywił wargi, badając palcami jej powierzchnię. Nagle natrafił na kartkę, przyczepioną do piłki czerwoną pinezką. Oderwał ją gwałtownym ruchem i, wkładając piłkę pod pachę, przeczytał niewyraźną wiadomość. „Nigdy nie oszukasz śmierci; Jedynie ona może oszukać ciebie. Spójrz w przyszłość, której ci brak; Zobacz czas, którego nie masz.” Przeczytał tę wiadomość jeszcze dwa razy, po czym zmiął kartkę i cisnął nią daleko przed siebie. Warknął cicho i rzucił na ziemię także to, co zostało z okrągłych kształtów piłki. Nagle usłyszał niewyraźny, szorstki szept. Nie zwracając na to szczególnej uwagi, machnął ręką i obrócił się plecami do miejsca, skąd wydobywał się szaleńczy szept. W momencie, kiedy Johann miał ruszyć w stronę rozwieszonej siatki, szept ustał, po czym od razu zamienił się w ledwo słyszalną melodię z lat trzydziestych. Delikatny nuty rozpływały się w powietrzu, unieruchamiając każdy mięsień Forfanga. Coś zaczęło podpowiadać mu złowrogie myśli. Potrzasnął głową, rozluźnił mięśnie i zrobił jeden krok do przodu. Wtedy coś złapało go za szyję, ciągnąć w stronę dziury ogrodzenia. Johann, szarpiąc napastnika z całych sił, łapczywie brał oddech. Gdy spróbował kopnąć, dostał pięścią w twarz. Poczuł krew spływającą z jego nosa. Czerwone kropelki spłynęły na jego wargi, przyprawiając go o mdłości. Po chwili spróbował krzyknąć, ale nim zdążył wydobyć z siebie choćby słowo, mężczyzna w czarnym płaszczu włożył mu białą szmatkę po ust, zawiązując ją z tyłu głowy. Ciasno zawiązany materiał wpijał mu się w czaszkę bezlitośnie. Szmatka miała nieprzyjemny zapach, drażniący go w nozdrza. Z obrzydzeniem stwierdził, że to krew. Po chwili, pod nagłym napływem sił, spróbował znowu kopnąć przeciwnika, ale ten tylko wzmocnił bolesny uchwyt na szyi. Johann poczuł, że odpływają z niego resztki sił. Ledwo mógł oddychać. Postanowił zaprzestać swoich prób uwolnienia się. Po kilku sekundach uścisk na szyi zdecydowanie osłabł. Związany westchnął nieznacznie z ulgi. Nagle poczuł, że coś wżęło mu się w nadgarstek. Próbując odwrócić głowę w stronę obolałej dłoni, ponownie dostał otwartą ręką w twarz. Ból rozszedł się od policzka, aż po koniuszki uszu. Kątem oka dostrzegł jednak ostry rzemyk zaciśnięty jego nadgarstku. Drugi koniec sznurka przywiązany był do ogrodzenia. Patrząc na ścianę budynku błagalnym wzrokiem, poczuł, że napastnik zaczyna zakładać mu coś na głowę. Po chwili obraz zaszedł mu czarną poświatą. Ze smutkiem i rozgoryczeniem stwierdził, że to czarny materiał. Ledwo żywy pokręcił głową, jęcząc z bólu. W pewnym momencie przeciwnik odciął rękaw kurtki Forfanga i złapał go za łokieć. Napastnik przyłożył zwilżoną tkaninę do wewnętrznej strony łokcia skoczka, po czym natychmiast przyłożył igłę do jego skóry. Zimna igła wbiła się w żyłę Johanna. Po chwili zimny płyn, wtłaczany do organizmu leżącego, objął jego całe ciało. Z każdą sekundą Johann walczył coraz mocniej, aby nie stracić przytomności. Jednak jego wysiłki zdały się na marne. Ostatnie, co do niego dotarło, to słowa porywacza: „Wy, co grzechem jego się podpieracie, połóżcie krzyż na kamieniach – niech osłonie w płomieniach”. ~~~~~ Wesołych Świąt!!! Taki mały świąteczny prezencik w postaci kolejnego rozdziału dla Was, kochani! Mam nadzieję, że się podoba, bo jak nie, to... To trudno. Nie zawsze muszę być najlepsza. (Ale lubię być najlepsza :'D) Dobra, jest kilka spraw do obgadania: przez to opowiadanie zaczynam mieć dziwne, mordercze myśli. Poza tym: są święta, zbieram choinkę, a zaraz potem idę pisać TO!!! Ja jestem jakaś dziwna czy coś... Ale podoba mi się to. No dobra... Rozdzialik raczej na plus czy na minus? Rozmowy Norwegów przypadły do gustu czy raczej nie? Dobra! Ja lecę spędzić cudowny wieczór z moją książką - "Klątwą tygrysa: Przeznaczenie". A wam życzę jeszcze raz Wesołych Świąt! Pozdrawiam ;* Wszystkie Twoje ulubione cytaty to kłamstwo Możesz być zszokowany, gdy odkryjesz, ile pomysłów, które uważałeś za własne, jest w rzeczywistości wynikiem propagandy.
Więź 1/2012 Łukasz Grajewski, Mirosław Jankowiak Pińska szlachta – Wiesz, co o Tobie powiedział Statkiewicz? – A co? – On powiedział, że nie jesteś szlachcicem. – Co? Tak mnie znieważył? Wnet mu pokażę swoje szlachectwo! Wincenty Dunin-Marcinkiewicz, Szlachta pińska Wincenty Dunin-Marcinkiewicz był drobnym szlachcicem, niezłym literatem i wielkim przyjacielem ludu białoruskiego. Pisał po białorusku, a jednym z efektów jego pracy był utwór teatralny Szlachta pińska z 1866 roku. Opisał w nim obraz mieszkańców Pińska i innych poleskich okolic, biedną szlachtę od chłopów nie różniącą się wcale, ale mającą duże poczucie własnej wartości. Niespełna 150 lat po publikacji Dunina-Marcinkiewicza, kreślimy jej nowy, współczesny rozdział. Szlachta i basta Irynę Kozak spotykamy siedzącą przy malutkiej niebieskiej kapliczce. Dłubie zaciekle kijkiem w ziemi, myślami jest gdzieś bardzo daleko. – Przed wojną stała tu cerkiew. Komuniści liny zaczepili, traktor podłączyli. Ot, taka polityka durna była w naszych wszystkich republikach – wzdycha. Nową kapliczkę już za Łukaszenki wybudował pewien miejscowy. Dorobił się w Ameryce i dwa tysiące dolarów przeznaczył na zbożny cel. – Tych komunistów to ludzie przeklinali. Oni w Boga przestali wierzyć. I wiecie co? Ci, którzy burzyli, to wszyscy młodo umarli. Jeden na motorze się rozbił, drugi pijany głowę rozwalił – kijek w rękach staruszki nie przestaje pracować. – Kim jesteśmy? Białoruskimi Poleszukami – mówi z przekonaniem. – Mówimy trochę po ukraińsku, trochę po białorusku, trochę po polsku. Wieś, w której mieszka Iryna Kozak, nazywa się Stajki i leży na terytorium białoruskiego Polesia, nieopodal granicy z Ukrainą. Kilkanaście drewnianych chat po obu stronach drogi. Tak zaczęto budować tu za Królowej Bony, która ziemie pińskie i kobryńskie posiadła we wczesnych latach XVI wieku. Rzemieślnicy z Włoch i Holandii tchnęli odrobinę cywilizacji w poleską głuszę. – Chciałabym, aby koło kaplicy postawili pomnik ofiarom wojny. Tylu ludzi zginęło… Tu kiedyś kilkadziesiąt chat było, dzieci pełno, a teraz? Siedmiu ludzi, wszyscy z garbami i kijkami. Ot, takimi jak mój – łza Iryny spada do świeżo wydrążonej kijkiem dziury. – A Stajki to kiedyś była szlachecka wieś. Ale o tym, to niech Wam mój syn opowie. Aleh Kozak gości nas w rozpiętej koszuli, eksponując swój wielki brzuch. – Mama, zrób nam jajecznicę, pomidorów naszych przynieś, koniecznie muszą skosztować – w roli gospodarza Aleh czuje się doskonale. – Historię trzeba znać – rozpoczyna swą gawędę. – Ten nasz Łukaszenka nieszczęsny w ogóle o historię nie dba, a tu przecież Wielkie Księstwo Litewskie było. Nasi przodkowie walczyli z Krzyżakami pod Grunwaldem – stwierdza zadowolony. Według Aleha, Stajki to wieś szlachecka. Tu od zawsze mieszkała szlachta i basta. A po czym poznać szlachtę? – No, chodzili tak samo ubrani, pieniędzy też za dużo nie było. Najłatwiej to po nazwisku. Szlacheckie kończą się na –cki: Dubiniecki, Ostrowiecki. Ale my Kozaki, też ze szlachty – dodaje i wyjmuje zdjęcie swoje pradziada, który służył w Armii Polskiej. – Zresztą sami zobaczycie, jak pojedziecie do wsi obok. Chojno to wieś chłopska. Tam was nikt nie nakarmi. Do chaty może wpuszczą, ale na tym koniec. U mnie zostańcie, po szlachecku was ugoszczę i rybek połowimy – zaprasza ochoczo. W końcu żegna nas wraz z matką po przyjacielsku, zostawia swój adres i telefon – jak znów będziecie, to musicie nas odwiedzić. Soroczki i kapelusze Jesteśmy w gościach u Kleofasa Siewieryna, który jest mistrzem poleskiego rękodzielnictwa. „Żaden festiwal w kraju nie obejdzie się bez jego tradycyjnych słomianych kapeluszy” – można wyczytać w jednym z przewodników po Pińszczyźnie. Takie nakrycia głowy zdobiły niejedną poleszucką głowę. A Poleszuk to kiedyś było zjawisko, dziwo prawdziwe. W międzywojniu przyjeżdżano na Polesie, żeby badać żyjący wśród bagien i lasów prymitywny lud poleski. Ferdynand Ossendowski, Józef Obrębski, Melchior Wańkowicz czy Józef Mackiewicz – przyciągała ich magia przyrody i prostota mieszkających tu ludzi. Kleofas Siewieryn malowniczo opisuje wygląd Poleszuka. – Najbardziej charakterystyczne były łapcie, obuwie wyplatane z łyka brzozy. Chodziło się w takich cały rok – opowiada, trzymając w ręku łapcie własnej roboty. – Oj nie były wytrzymałe. Jak się ludzie wyprawiali do miasta, to i dwie pary na zapas trzeba było zarzucić na ramię. Prawdziwe buty kupowało się u Żyda. W Dawidgródku robili i sprzedawali po wsiach. Ludzie rzadko je ubierali, do cerkwi w łapciach albo boso chodzili i przed samym wejściem nakładali – opisuje z uśmiechem. Chata Siewieryna pełna jest łapci, kapeluszy i tradycyjnych poleskich koszul, zwanych soroczkami, które miejscowa ludność szyła z tkanego własnoręcznie z lnu. – Teraz już nikt tak nie chodzi. W sklepach jest wystarczająco towaru – dodaje, prezentując odzieżowe relikty. – Chcecie wiedzieć, skąd taka nazwa wsi? Wólki powstały po zniesieniu pańszczyzny na terenach trudno dostępnych, gdzie chłopów zostawiano samych sobie. Tutaj powstała Mała Wólka, a cztery kilometry dalej jest Duża Wólka. Dlaczego tak? Bo tutaj mieszkało trzynaście osób, a tam czternaście. – Do naszej Małej Wólki podczas wojny przyjechali Niemcy – Siewieryn kontynuuje swoją opowieść. – Na wozie postawili megafon i puszczali w kółko: „Nie bójcie się, wyjeżdżajcie do pracy do Trzeciej Rzeszy”. Sam się nikt nie zgłosił, ale i tak nas w końcu w czterdziestym trzecim zabrali. Wywieźli do Mulhouse we Francji, gdzie pracowaliśmy w fabryce po dwanaście godzin dziennie. Wraz z Siewierynem przenosimy się na główną ulicę Małej Wólki. – Gdy Francuzi przywieźli nas z powrotem, to okazało się, że Niemcy spalili nasze domy – mówi. Odbudowaliśmy, choć teraz większość stoi już pustych. O tamtych czasach to cztery osoby pamiętają, tylko tyle nas starych zostało. Szwedów wrzątkiem zwalczali – W polskiej szkole skończyłem cztery klasy. Siedem lat to trwało, bo do trzeciej chodziło się dwa lata, a do czwartej trzy. Z nauczycielem po polsku rozmawialiśmy, a ze sobą, proszę pana, po swojemu, tak jak z wami teraz rozmawiam – 87-letni Władimir Ostrowski mieszka w Dzikowiczach, wsi malowniczo położonej nad Prypecią. Dzikowicze to wieś szlachecka. – Jeden z Ostrowskich był dowódcą w oddziałach Wielkiego Księstwa Litewskiego, a jak Szwedzi nas później napadli, to moi przodkowie wrzątkiem ich oblewali, o wieś walczyli – opowiada Ostrowski, który, jak na swoje 87 lat, zadziwia energią i jasnością umysłu. W chacie naprzeciwko mieszka Michał Dzikowiecki, który opowiada nam tę samą historię. Widocznie ich przodkowie walczyli ramię w ramię ze szwedzkim potopem. – Mnie nikt nigdy Poleszukiem nie nazywał. Mojego ojca polska władza bardzo ceniła – mówi. – Teraz ludzie śmieją się ze szlachty, wytykają nas, proszę pana, palcem. Wieś wykupili działkowcy, przyjeżdżają, a historia w ogóle ich nie interesuję. My w tych dwóch chatach z Dzikowieckim się trzymamy. Dwóch ostatnich przedstawicieli szlachty z Dzikowicz bierze nas nad brzeg rzeki Prypeć, gdzie wspominają: – Tu do wojny była piękna piaszczysta plaża – zaczyna Dzikowiecki. – Ludzie przyjeżdżali, grali w piłkę, pływali. Wszystko wyglądało inaczej. Błota były wszędzie. W takich oto czajkach pływaliśmy do krów na pastwisko – pokazuje tradycyjne drewniane łódki przywiązane do starego, zmurszałego mostka. – Do cerkwi też tylko łódką można się było dostać. Dziesiątki czajek podpływało pod sam płot. – A tutaj ryby łowiliśmy – wskazuje palcem Ostrowiecki. – Żydzi od nas kupowali, 50 groszy za kilogram płacili. Płynęli potem do Pińska, gdzie mieli swoje lodownie. A potem dalej: do Warszawy, do Poznania. Tylko, że tam już 2 złote za kilogram dostawali – mówi. Później, podczas obiadu opowiada o handlowej stolicy regionu, jaką był Pińsk. Pod plac targowy, urządzony w centrum miasta, nieopodal pofranciszkańskiego Kościoła, podpływała okoliczna ludność. Dziesiątki czajek wypełnionych towarami cumowało przy brzegu rzeki Piny. Dziś kościoła już nie ma. W 1953 r. został wysadzony przez komunistyczne władze. Plac targowy wybrukowano kostką, a pieczę nad nim sprawuje towarzysz Lenin, podobno jeden z największych na terytorium Białorusi. Co gruncik – Skirmuncik 30 kilometrów na wschód od Pińska, znajdują się Biżerowicze, słynne z obecności rodu Ordów. Ordowie, których nazwisko słusznie kojarzy się z mongolską Ordą, pochodzą od Dżyngis Chana. A przynajmniej tak mówi Maria Janicka, której rodzice pracowali w rezydencji Ordów w Biżerowiczach. – Pałac miał dwa piętra, a ganek wsparty był na czterech kolumnach. Mój ojciec pracował u pana jako ogrodnik. Jako mała dziewczynka latałam po tym ogrodzie. Jeszcze pamiętam grusze, jabłka, pomidory. Jak pan samochodem przyjechał to goniliśmy i spaliny wdychaliśmy. Takie to było dla nas wtedy ciekawe – śmieje się serdecznie. – Za pałacem była fabryka spirytusu. Jak bolszewicy przyszli, to najpierw zburzyli, a później wiadrami spirytus brali. Ziemię kopali i samogon pędzili. Pałac zburzono i nawet pański cmentarz się nie ostał. Ludzie rozkopali szukając złota – dodaje Janicka, która po wojnie kazała sobie zmienić narodowość w paszporcie z polskiej na białoruską. Losy dorobku Ordów ukazują smutne dzieje ziemiaństwa, które kojarzone z opcją propolską często angażowało się w sprawę białoruską. I tak Roman Skirmunt, przedstawiciel starego poleskiego rodu, wspierał dążenia białoruskiego narodu do niepodległości, finansując białoruskojęzyczną prasę. W lipcu 1918 r. objął tekę ministra w rządzie Białoruskiej Republiki Ludowej, quasi-państwa będącego przejawem dążeń niepodległościowych Białorusinów. W 1939 r. na majątek Skirmuntów w Porzeczu nieopodal Pińska napadło okoliczne chłopstwo, podżegane przez sowiecką agenturę. Roman Skirmunt wraz z rodziną został brutalnie zamordowany, a majątek rozgrabiony. Popularna rymowanka „Co gruncik – Skirmuncik, co morda – to Orda”, cytowana przez Marię Janicką, przestała być aktualna. Requiem – My byliśmy pińską szlachtą, a Polacy próbowali nas spolaczyć – z pustego oczodołu Wiaczesława Szałomieckiego co rusz ciekną łzy. Nie wiadomo, czy to wspomnienia tak go wzruszają, czy to po prostu defekt sędziwego ciała. Siedzi na ławeczce przystanku autobusowego. Na tabliczce z rozkładem jazdy odczytujemy zamazaną nazwę wsi: Szałomicze. – No a jakże! – wzburza się pytany o powiązania pomiędzy jego nazwiskiem a nazwą wsi. – Szałomiecki walczył w postaniu przeciwko carowi. Tam, gdzie jezioro było – pokazuje palcem w bliżej nieokreślonym kierunku – tam pojmano powstańców. Wszystkich wysłano na Sybir – zamyśla się. – Powstańcy, zasrańcy – do rozmowy włącza się towarzysz z ławki obok. – Co ty im za brednie wygadujesz? Jakaż to z nas szlachta? – głośno komentuje i przedstawia się. Arkadyj Połchowskij nie jest typem sentymentalnym, jak Szałomiecki, jego kolega. – Za cara, za pańskiej Polszy, za sowietów, teraz też to wszystko gówno, a nie życie. Szałomiecki wstaje, opierając się o laskę i ripostuję: – Jak nie szlachta? Jak chłopi panu drogę budowali, to my nie musieliśmy. Podymnego i świetlnego też nie płaciliśmy – tłumaczy. Wyjaśniają, że podymne trzeba było płacić za dym z komina, który leciał na drogę, a jak ktoś miał za duże okno i za dużo światła mu wpadało do chaty, to płacił świetlne. – I co z tego, skoro chleb na liściach klonu do pieca wsadzaliśmy i tak, jak wszyscy piekliśmy – kontruje Połchowskij. W końcu obaj zgadzają się co do istnienia szałomickich powstańców styczniowych. – Jeszcze przed wojną, w 1939 roku wójt, też Szałomiecki, postawił powstańcom pomnik z orłem, koło tego jeziora, gdzie zginęli. Jak ludzie widzieli, że sowieci się zbliżają, to rozebrali i wrzucili do wody – relacjonuje Połchowskij. Potomek wójta przypomina sobie drugą zwrotkę hymnu polskiego. – Dał nam przy-kład Bo-na-parte – niezdarnie intonuje, a z oczodołu znów płynie łza. Arkadyj stuka się w głowę: – Ech, widzicie go! Toż to wariat. Posłuchajcie mnie przez chwilę. Tu wszędzie błota były, na boso do lasu chodziliśmy. W czasie wojny gnębili nas policaje, a musicie wiedzieć, że to sami Ukraińcy byli. Jak po wojnie kołchoz zbudowali, to trzeba było konia oddać. Potem 30 lat jeździłem na traktorze. A teraz wieś umiera, dlatego wam to wszystko mówię. Tylko tak piszcie, żeby nas jeszcze na koniec nie wysłali do więzienia. Łukasz Grajewski, Mirosław Jankowiak Łukasz Grajewski - ur. 1985. Socjolog, absolwent Studium Europy Wschodniej UW. Pracuje w trzecim sektorze, prowadzi projekty edukacyjne i kulturalne w państwach Europy Wschodniej. Redaktor portalu o Partnerstwie Wschodnim Mieszka w Warszawie. Mirosław Jankowiak - ur. 1979. Filolog i kulturoznawca, adiunkt w Instytucie Slawistyki PAN, ekspert do spraw Białorusi i Łotwy w Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego. Zajmuje się Białorusią, Łotwą oraz Polakami zamieszkującymi obszar b. ZSRR. Mieszka w Legionowie. opr. aś/aś
Mohamed ElBaradei, laureat pokojowej Nagrody Nobla i czołowy przywódca egipskiej opozycji, zapowiedział, że nie będzie się kandydował w wyborach na prezydenta Egiptu - taką informację
"Mam ogromnie ciekawe zadanie i potrzebuję twojej pomocy. Nie zawracaj sobie głowy zabieraniem nart". Takie słowa w grudniu 1938 roku Nicholas Winton usłyszał od swojego przyjaciela, Martina Blake'a, ambasadora Brytyjskiego Komitetu ds. Uchodźców z Czechosłowacji. Winton, 29-letni makler giełdowy, właśnie planował zasłużony, dwutygodniowy urlop w szwajcarskich Alpach. Telefon od przyjaciela zmienił nie tylko jego ówczesne plany wakacyjne, ale - przede wszystkim - los 669 czechosłowackich dzieci, głównie żydowskiego pochodzenia. Sir Nicholas Winton, nazywany na świecie "brytyjskim Schindlerem", przez 50 lat ukrywał prawdę o tym, czego dokonał u progu II wojny światowej. Do końca życia uważał, że to, co zrobił, było po prostu jego zadaniem do wykonania. Martin Blake, przyjaciel, który wykonał ten słynny już telefon do sir Nicholasa, był zaangażowany w pomoc Żydom przebywającym w obozach dla uchodźców. Byli nimi ludzie, którzy uciekli z zajętej przez Niemców części Czechosłowacji - Kraju Sudeckiego. W październiku 1938, na mocy układu monachijskiego, Niemcy przejęły to terytorium, obejmujące pogranicze czesko-niemieckie i czesko-austriackie. Mieszkający tam Żydzi, w obawie o swoje bezpieczeństwo, przenieśli się w głąb kraju. Bo choć nikt nie przewidywał wówczas jeszcze okrucieństw Holocaustu, to coraz częstsze prześladowania Żydów stawały się ponurym faktem. Przypieczętowała je "kryształowa noc" - barbarzyński pogrom wycelowany w ludność żydowską i jej kulturę w nocy z 9 na 10 listopada 1938 roku. Widmo wojny stawało się coraz bardziej realne. W tej sytuacji trzeba było zrobić coś, żeby pomóc jak największej liczbie niewinnych ludzi. Nicholas Winton nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Brytyjczyk zdecydował się poświęcić swój urlop na wyjazd do Pragi - chciał zobaczyć, co może zrobić dla uchodźców. Na miejscu przekonał się, że żyją oni w bardzo ciężkich warunkach. Trwała zima, brakowało im dosłownie wszystkiego, przebywali w prowizorycznych namiotach, bez ciepłej odzieży. 150 tys. uchodźców, pozbawionych możliwości emigracji do jakiegokolwiek innego kraju, było zdanych przede wszystkim na siebie. Brytyjski Komitet próbował im pomagać, ale zajmował się wybiórczo dorosłymi, osobami starszymi i, przede wszystkim, uchodźcami politycznymi. Winton zrozumiał, że dzieci pochodzenia żydowskiego, uznawane przez nazistowskie Niemcy, podobnie jak ich rodzice, za wrogów, są pozbawione jakiejkolwiek opieki. Nikt się też nimi nie zainteresuje. Wiedział, że nie będzie mógł ocalić wszystkich, ale wierzył, że może uda mu się uratować choć część z nich, walcząc o ich bezpieczny azyl w Wielkiej Brytanii. Podstęp na papierze "Wychodzę z założenia, że jeżeli coś nie jest niemożliwe, to musi istnieć jakiś sposób, żeby to zrobić", mówił w kwietniu 2014 r. w programie "60 Minutes" emitowanym w amerykańskiej telewizji CBS. Do końca pozostał szalenie skromnym i bardzo pogodnym starszym panem. Winton od początku planował masową ewakuację. Miał nadzieję, że uda mu się wydostać za granicę tysiące czechosłowackich dzieci. Jaki był początek jego planu ucieczki? W hotelowej jadalni, przy jednym małym stoliku zorganizował swoje biuro. Wieść o Angliku i jego odważnych zamiarach bardzo szybko rozeszła się wśród uchodźców. Zdesperowani rodzice zaczęli tłumnie odwiedzać Wintona, prosząc o ratunek dla swoich dzieci. "Sytuacja wydawała się beznadziejna, każda grupa uważała, że jest najpilniejsza", przyznawał Winton po latach. Liczba odwiedzających go ludzi i ich prośby przekraczały możliwości działania skromnego Anglika. Nicholas cierpliwie starał się znaleźć najlepsze rozwiązanie, ale musiał też dokonywać wyborów. Wybierał dzieci z rodzin, których, jak sądził, Hitler będzie chciał się pozbyć w pierwszej kolejności. Kiedy Winton skompletował listę nazwisk, udał się do Wielkiej Brytanii, gdzie przekonał brytyjski rząd do potraktowania jego działań niezwykle poważnie. Zrobił to na drodze drobnego podstępu: przedstawił rządowi dokument napisany na papierze Brytyjskiego Komitetu ds. Uchodźców, na którym dodał dopisek "Sekcja Dziecięca" i podpisał się jako przewodniczący. W ten sposób mógł uruchomić w Londynie biuro "sekcji dziecięcej", którym zarządzała... jego matka. Organizacja działała dzięki wsparciu wolontariuszy. Nicholas nie zrezygnował ze swojego dotychczasowego życia: w ciągu dnia pracował jako makler, a wieczorami i nocą walczył o przyszłość czechosłowackich dzieci. Dla Wintona było oczywiste, że w Wielkiej Brytanii nie uda się znaleźć domu dla wszystkich dzieci w potrzebie. Miał więc nadzieję, że powiedzie mu się namówienie innych krajów do współpracy. Liczył na Amerykanów, ale ci całkowicie odcięli się od pomocy. Winton do dzisiaj nie może zrozumieć tej decyzji. Gdyby Amerykanie chcieli współpracować, udałoby się ocalić znacznie więcej dzieci... Wielka Brytania przystała na przyjęcie małych uchodźców, ale tylko pod warunkiem, że Winton znajdzie dla każdego z nich rodzinę, która zgodzi się je przyjąć. Konieczne było także wpłacenie "depozytu" za każde z dzieci: 50 funtów miało zabezpieczyć ich ewentualny powrót do domu. Winton szukał sponsorów i walczył z brytyjską biurokracją. Okazało się, że to właśnie formalności związane z wizami wjazdowymi były najtrudniejsze. Brytyjscy urzędnicy na kilka miesięcy przed wybuchem wojny uważali, że nic w Europie się nie wydarzy i pośpiech Wintona jest zupełnie bezzasadny... "Musimy pozwolić im odejść" Pierwszy transport dzieci miał miejsce 14 marca 1939 roku. Po raz pierwszy i ostatni "dzieci Wintona" wyleciały z Pragi samolotem. Kolejne siedem transportów nastąpiło już drogą kolejową. Na dzieci w Wielkiej Brytanii czekały rodziny zastępcze. Winton osobiście czuwał nad tym, żeby każde z nich trafiło do właściwej. Osiem transportów, które Brytyjczyk zorganizował od 14 marca do 2 sierpnia 1939 roku, ocaliło dokładnie 669 dzieci. Ostatni transport miał wyjechać z Pragi 1 września 1939 roku, ale wybuch wojny i zamknięcie wszystkich granic kontrolowanych przez Niemcy, całkowicie zniweczyło ten plan. Co stało się z dziećmi z ostatniego transportu? Winton nie wie tego dzisiaj, prawdopodobnie trafiły one do jednego z obozów koncentracyjnych. Świadomość tego, że nie udało się uratować dzieci, które siedziały w pociągu, czekając z nadzieją na opuszczenie kraju, nawiedza go do dzisiaj. W pociągu siedziało 250 dzieci - najwięcej od początku akcji ewakuacyjnej. Co czuły te, które trafiły do nowych rodzin w całkowicie obcym kraju? Przede wszystkim większość z nich wierzyła, że jest to tylko rozwiązanie chwilowe - trochę dłuższe wakacje. Że za dwa, góra trzy miesiące rodzice przyjadą do nich, lub sprowadzą je z powrotem do Czechosłowacji. Tak przecież powtarzali im rodzice, dlaczego mieliby im nie wierzyć... Jednym z ocalonych "dzieci Wintona" była Vera Gissing, autorka biografii Nicholasa Wintona. Vera wyjechała z Pragi razem z siostrą w czerwcu 1939 roku. Miała 11 lat. Swoich rodziców widziała wtedy po raz ostatni. "Możemy próbować się pocieszać, mówiąc, jak wiele miałyśmy szczęścia – nasi rodzice umarli ze świadomością, że zostałyśmy ocalone. Nie widzieli nas rozstrzelanych czy prowadzonych do komory gazowej. Nie czuli tego bólu", wspominała w jednym z wywiadów. Vera pamięta moment, w którym jej mama powiedziała ojcu o tym, że dla dziewczynek jest miejsce w pociągu do Anglii. "Musimy pozwolić im odejść" - słowa ojca do dzisiaj brzmią w jej głowie. Nowe życie Innym z ocalonych przez Wintona dzieci był Lord Alfred Dubs, wieloletni członek brytyjskiego parlamentu. Dubs miał mieć więcej "szczęścia", niż większość uratowanych przez Wintona dzieci: jego ojciec czekał na niego na stacji kolejowej w Liverpoolu. Matka, po uzyskaniu wizy wyjazdowej, miała wkrótce do nich dołączyć. Niestety, oczekiwanie na kobietę znacznie się przeciągnęło. Kiedy wreszcie dotarła do Wielkiej Brytanii, rodzinie nie było dane długo cieszyć się radością z ocalenia. Ojciec Alfreda zmarł, kobieta została sama z dzieckiem w obcym kraju, bez środków do życia. Jednak w obliczu tego, co czekałoby ich w Czechosłowacji, te problemy, mimo wszystko, były możliwe do udźwignięcia. Pierwszy brytyjski dowód tożsamości jednego z "dzieci Wintona" "Bez wątpienia zawdzięczam swoje życie Nicholasowi Wintonowi. Myślę, że szanse na przetrwanie, moje i innych, były naprawdę niewielkie. Bycie Żydem w okupowanej przez Niemcy Czechosłowacji to z pewnością nie najlepsza recepta na przetrwanie", wspominał Dubs w rozmowie z BBC w 2009 roku. Dodawał także: "Wszyscy inni znani nam Żydzi, którzy zostali w Pradze, trafili do obozów koncentracyjnych – większość z nich nie ocalała". W czasie wojny ogromna część z "dzieci Wintona" straciła swoich rodziców, krewnych i znajomych. Najczęściej były to naprawdę małe, nawet nie nastoletnie dzieci. Trudno wyobrazić sobie, co musiały czuć, znajdując się nagle w obcym kraju, wśród zupełnie nieznanych ludzi. Ale równie trudno wyobrazić sobie dramat ich rodziców, którzy musieli podjąć decyzję o wysłaniu swoich pociech na niepewną tułaczkę. Mówiła o tym Lisa Midwinter, kolejna uratowana przez Wintona kobieta: "Pamiętam machające chusteczki i płacz, widziałam dorosłych, którzy nie mogli opanować łez". Midwinter, z domu Dasch, była córką zamożnego żydowskiego lekarza z Cieplic. Kiedy Niemcy zajmowali Kraj Sudecki, Lisa była akurat z mamą poza miastem. Wyjechały na kilkudniowy wypoczynek narciarski. Całe szczęście w porę dotarł do nich telegram od ojca Lisy, który błagał, by pod żadnym pozorem nie wracały do domu. Miały udać się bezpośrednio do Pragi. Rodzicom Lisy udało się, z pomocą Wintona, wysłać córkę do Anglii. Pierwsza rodzina, do której dziewczynka trafiła, nie poradziła sobie ze straumatyzowanym dzieckiem. Z pomocą przyszli jednak przyjaciele rodziców Lisy, którzy zapewnili dziecku schronienie. Jej historia to również jedna z nielicznych zakończonych happy endem. Rodzicom Lisy udało się przedostać z Pragi do Wielkiej Brytanii. Cała rodzina zamieszkała w Stoke-on-Trent, gdzie prowadziła sierociniec dla dzieci z Czechosłowacji. Po latach milczenia Jednym z najbardziej zaskakujących elementów historii Nicholasa Wintona i jego "dzieci" jest to, że przez 50 lat mężczyzna nie mówił nikomu o tym, że przed II wojną światową uratował 669 dzieci. "Tak naprawdę nie trzymałem tego w tajemnicy, po prostu o tym nie mówiłem", rozbrajająco przyznawał w "60 Minutes". Faktycznie, nie powiedział o tym nawet własnej żonie, Grecie. Jak wielkie musiało być zaskoczenie kobiety, która w 1988 roku, robiąc porządki na strychu, znalazła starą skórzaną walizkę ze zdjęciami dzieci, wykazem setek nazwisk i listami od rodziców tych, których ocalił Winton. Materiały znalezione przez Gretę dzisiaj są przechowywane w Jad Waszem - izraelskim instytucie pamięci poświęconym ofiarom Holocaustu. Żona Wintona postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Historię męża opowiedziała dr Elisabeth Maxwell – badaczce Holocaustu i żonie brytyjskiego potentata prasowego Roberta Maxwella. Najpierw Winton stał się bohaterem artykułów prasowych, ale szybko o jego dokonaniach stało się głośno we wszystkich brytyjskich mediach. Jeszcze w 1988 roku Winton został zaproszony do programu BBC "That's Life". Mężczyzna nie miał pojęcia, że trzydzieści osób, które usiadło wokół niego na widowni, było właśnie ocalonymi przez niego dziećmi. "To był najbardziej wzruszający moment w moim życiu... nagle zostałem skonfrontowany z tymi wszystkimi dziećmi, które nie były już przecież dziećmi", wspominał w "60 Minutes". Po programie Winton został zasypany listami z podziękowaniami od innych "dzieci", które zobaczyły go w telewizji. Ocaleni przyjeżdżali z różnych części Zjednoczonego Królestw, żeby osobiście podziękować człowiekowi, który uratował ich od Zagłady. "Nie interesuje mnie przeszłość" W ciągu ostatnich 25 lat Nicholas Winton został wielokrotnie wyróżniony: stał się honorowym obywatelem Pragi, dostał podziękowania od państwa Izrael. W 1998 roku prezydent Czech Vaclav Havel odznaczył Wintona orderem Tomáša Garrigue Masaryka IV klasy, a w 2002 królowa Elżbieta II, w uznaniu dla jego zasług dla ludzkości, przyznała mu tytuł szlachecki. "To wspaniałe, że udało ci się uratować tyle dzieci", miała powiedzieć brytyjska monarchini Nicholasowi. Wśród wielu dowodów uznania dla jego bohaterskich czynów, warto przywołać także zgłoszenie jego kandydatury - w 2008 roku, przez czeski rząd - do Pokojowej Nagrody Nobla. 1 września 2009 roku z praskiego dworca kolejowego odjechał w stronę Anglii "Pociąg Wintona" ze 170 pasażerami. Wśród nich znalazły się 22 osoby, które Winton ocalił w 1939 roku. Dla sir Nicholasa i jego "dzieci" była to piękna, symboliczna podróż. Wielu może zastanawiać, dlaczego Winton, skoro ocalił tyle osób żydowskiego pochodzenia, nie został odznaczony Medalem Sprawiedliwego wśród Narodów Świata? Nie mógł dostać tego odznaczenia, bo sam pochodził z żydowskiej rodziny. Jego rodzice przeprowadzili się w 1907 roku do Londynu, przyjęli chrześcijaństwo i ochrzcili swojego urodzonego w 1909 roku syna. Sir Nicholas Winton przez lata zaangażowany był w działalność humanitarną. W czasie wojny był wolontariuszem w Czerwonym Krzyżu, a potem, przez pół wieku, pomagał ludziom niepełnosprawnym umysłowo i osobom starszym. Wspierał budowę kolejnych placówek, głównie domów spokojnej starości. Jak sam mówił: "nie interesuje mnie przeszłość. Myślę, że dzisiaj za bardzo akcentuje się przeszłość, to co się wydarzyło. I nikt nie koncentruje się na teraźniejszości i przyszłości". Pod koniec maja 2014 r. swoją premierę miała biografia sir Wintona, autorstwa jego córki Barbary. 28 sierpnia tego samego roku otrzymał on Order Białego Lwa - najwyższe odznaczenie Republiki Czeskiej, przyznawane cudzoziemcom za zasługi dla kraju.
Grupa G20 zastąpi G8 w roli głównego koordynatora światowej gospodarki - ustalili liderzy państw członkowskich na szczycie w Pittsburghu. Ustalili również nowy podział głosów w ramach
22:37 Czyli listopad w mediach pod znakiem "Brutalne gry wywołują morderstwa i są brutalne". Będzię z czego się pośmiać 22:53 Wolę to niż jakieś "cieplutkie" Borderlandsy 3 albo Gears 5... 22:58👍 odpowiedzzanonimizowany12912325 Konsul O takiej grze właśnie marzyłem kiedy moje zainteresowanie FPSami się wypaliło. Jeśli kampania przebije lub przynajmniej dorówna MW1 to będę zachwycony. 07:50😂 Jakbym pierwszy raz słyszał o czymś takim. 08:13 odpowiedzzanonimizowany714315111 Legend Oby gra faktycznie była taka brutalna i mroczna, teraz nastała dziwna moda na kolorowe borderlandsy czy inne overwatche 09:03 " Sceny dekapitacji pociskiem snajperski, lub" ucięcie kończyny" No realizm pełną gębą niczym w rambo który nie musiał zmieniać magazynków. Waterboarding już w GTA 5 się pojawił, a użycie broni Chemicznej na cywilach to w scenariuszu Bardzo wygodnie dla propagandy USA znajdzie się na Jakże wygodnie umiejscowionym kraju podobnym do nie podniecajcie się CODem bo to narzędzie do propagowania jakie to USA nie jest dobre i jak nie nie niesie pokoju(Karabinami) wszystkim, A zadziwiajająco samo jest zakulisowo prowodyrem dzisiejszych Konfliktów. 09:19 Ludzie nie podniecajcie się CODem bo to narzędzie do propagowania jakie to USA nie jest dobre i jak nie nie niesie pokoju(Karabinami)To chyba graliśmy w różne CoDy, bo przez całą trylogię Modern Warfare Amerykanie albo są w komitywie z głównymi złolami, albo sobie nie radzą, bo wszędzie się ładują z buciorami i ich interwencja kończy się trzecią wojną światową, a cały ten burdel musi sprzątać wąsaty Angol uznany za wroga publicznego numer jeden. Ba, nawet w drugowojennych odsłonach (z wyjątkiem najnowszej - WWII) pokazano, ze najtrudniejszą i najbrutalniejszą robotę w Europie odwalali była jasność - Call of Duty to jest w dużej mierze jingoizm w pigułce, ale już za czasów World at War pokazywał też (z różnym skutkiem), że wojna to mimo wszystko nie zabawa. To jest wciąż rozgrywka polegająca na pif paf, ale jak na dłoni widać, że nawet ta seria dojrzewa wraz z graczami i stara się mimo wszystko przemycić kilka wątków antywojennych (a z zapowiedzi wynika, że w tej odsłonie będzie ich całkiem sporo). Oczywiście jest to pewnego rodzaju stanie w rozkroku i niezła doza hipokryzji, gdy ktoś robi grę, w której główną rozrywką jest strzelanie do innych i wybuchy w stylu Michaela Baya, a z drugiej wali bonmotami w stylu "Tylko umarli widzieli koniec wojny", niemniej nie zapędzałbym się z tak daleko idącymi wnioskami aż do ogrania kampanii. post wyedytowany przez Yoghurt 2019-09-17 10:44:57 09:07 odpowiedz4 odpowiedzi zanonimizowany127045020 Generał Czy wiadomo już ile będzie trwać kampania single i czy br? 09:28 It's not waterboarding, if You use diesel fuel. 10:24 DICE to się nawet bało wstawić do swojej gry swastykę, a Niemców nazwać nazistami. A tu proszę. Brawo IW. W końcu ktoś przełamał tą "modę" na nadmierną grzeczność i poprawność w każdej kwestii i nie unika niewygodnych tematów. Oj jak tak dalej pójdzie to CoD stanie się chyba moim nowym ulubionym Battlefieldem. post wyedytowany przez Asasyn363 2019-09-17 10:27:35 10:45 odpowiedz1 odpowiedź doom454 Legionista Czasy pierwszych Modern Warfare pewnie nie wrócą ale czuje że gra może namieszać trochę na rynku growym 12:12👎 Tak jasne, brutalność na 1-szym miejscu, a czas gry na ostatnim, gdzie załóżmy, że wyniesie 4-5h ,zatem podziękuję! 14:14👎 Niech wprowadzą jeszcze elementy pedofilii i zoofilii oraz isis z wysadzaniem ludzi to faktycznie potrzebne w grach jak kotu 5 ogonów. post wyedytowany przez KUBA1550 2019-09-17 14:15:39 16:46 Jeśli to wszystkie "mocne" scenki to nie jest zbyt brutalnie post wyedytowany przez 12dura 2019-09-17 16:47:01 17:05 To jest mój MUST HAVE tego roku :)takimi newsami podsycacie jeszcze apetyt, extra :) 17:22 Wszystko pięknie, ale za drogo
Przywódca separatystów, Wałerij Bołotow przyznał jednocześnie, że armia ukraińska dąży do odcięcia sił Ługańskiej Republiki od granicy z Rosją. 10:37, 29 grudnia 2016, Oberstdorf Kula ognia unosiła się nad szczątkami samochodu, zmieniając powietrze wokół w istną saunę. Płomień raził oczy, a dym drażnił płuca – był niczym papier ścierny, raniący wrażliwe tkanki, przedzierający się przez gardło. Na nitkach utkanych przez wiatr unosił się głośny huk. Suche gałęzie drzew, rosnących wzdłuż parkingu zajęły się ogniem, niknąc pod jego złocistymi językami. Płomienie ślizgały się po gałęziach coraz dalej. Drzewa powoli zaczynały przypominać ognisty dywan. Hayböck stał na schodach jak zamurowany. Przypominał skalny posąg, uśpiony na wieki. Otworzył usta, aby coś powiedzieć, ale nie był w stanie niczego z siebie wydusić. Wszystkie słowa zawiązywały się w supeł, nie dając rady przecisnąć się przez gardło i wypłynąć na światło dzienne. Krzyk rozbijał się na niewielkie kawałeczki, który zamieniały się w nieprawdopodobny ciężar i opadały. Po kilku sekundach Michael usłyszał dziki krzyk. Przełknął ślinę, mając nadzieję, że ten dźwięk był tylko i wyłącznie wytworem jego wyobraźni. Nasłuchiwał uważnie. Chwilę później krzyk powtórzył się ze zdwojoną siłą, przypominając nieco prośbę o pomoc, rozdartą przez ból. Hayböck zareagował natychmiast. Zeskoczył ze schodów, niemalże potykając się o własne nogi. Biegł w stronę buchającego ogniem samochodu. Każdy następny krok był coraz większy – można było powiedzieć, że płynął nad ziemią. Jego stopy ledwo muskały lekko ośnieżony bruk. Dym zaczynał drażnić jego oczy, przez co łzy powoli zasłaniały mu widok. Kaszel rozdzierał jego płuca. Z każdą chwilą zagłębiał się coraz bardziej w odmęty czarnego dymu. Nagle się zatrzymał. Przyłożył dłoń do ust i kaszlnął ponownie. Dopiero po kilku sekundach uderzyło w niego to, że stoi pośrodku trującego kotła, który swoimi ciężkimi mackami starał się uśpić jego czujność i zwalić go po chwili na ziemię, kładąc go do wiecznego snu. Natychmiast naciągnął kołnierz kurtki na nos, przytrzymując go dłonią. Oddychając z trudem, zrobił powolny krok do przodu. - Pomocy...! – chrapliwy krzyk przedarł się przez warstwę dymu, uderzając o uszy Michaela. Hayböck od razu przyspieszył kroku, deptając odłamki szkła, które po wybuchu rozsiały się po całym parkingu. Widział coraz mniej. Nogi zaczynały mu się chwiać. Był świadomy, że długie przebywanie wśród dymu może się dla niego źle skończyć, mimo to szedł dalej. Starał się przypomnieć miejsce, z którego dotarł do niego głos. Po chwili jego oczom ukazało się coś na kształt ludzkiej sylwetki. Natychmiast przyspieszył, dysząc ciężko. Gdy był już niecałe dwa metry od celu, prześliznął się po masce czerwonego samochodu, który stał mu na drodze, po czym stanął bezszelestnie na ziemi z gracją godną skoczka narciarskiego. Jego wzrok od razu padł na sylwetkę wijącą się z bólu na ziemi. Na widok stanu ciała człowieka skrzywił się, czując, jak całym ciałem przechodzą dreszcze. Dziewczyna była niemal cała we krwi. Ciało, zaczerwienione od poparzeń, naznaczone było dziesiątkiem małych draśnięć, w których skrzyły się odłamki szkła. Jej noga ginęła pod ciężkim samochodem, który pod siłą wybuchu pojazdu obok przewrócił się na dach, przygniatając ją do ziemi. Drzwi od strony kierowcy trzymały się na jednym zawiasie, pozostałych nie było. Fotele wewnątrz płonęły, buchając ogniem. Czarny dym walczył z powietrzem, sprawiając, że tlen tak jakby uciekał daleko od miejsca wypadku, od tej dziewczyny. Na twarzy szatynki zakwitał ból. Z każdą chwilą walczyła o następny oddech. Hayböck kucnął obok niej, wyszukując jej dłoni. Kiedy już odnalazł zgrabne palce dziewczyny, ścisnął je kilka razy. Przygryzł dolną wargę, widząc, jak twarz szatynki nieruchomieje w grymasie bólu. Z jej ust wyrwał się dziki ryk. - Spokojnie, chcę ci pomóc – szepnął Michi, gładząc ją do dłoni. – Nie wolno ci zamknąć oczu, jasne? – przestrzegł ją, kiedy ta skierowała na niego swoje niewidzące spojrzenie. - Moja noga – wychrypiała, wskazując na kończynę przygniecioną przez dach samochodu. Zaczęła się dziko wiercić, pozwalając łzom wypłynąć z oczu. - Spokojnie, wydostanę cię stąd – odparł skoczek spokojnym tonem. Patrząc uważnie na wystraszoną twarz dziewczyny, wstał i przymierzył się do pchnięcia samochodu tak, aby przewrócił się na bok i pozwolił uwolnić spod swojego żelaznego uścisku szatynkę, ale ten ani drgnął. Dziewczyną wstrząsnęły konwulsje bólu. Przyłożył do tego więcej siły. Samochód przechylił się kilka centymetrów, ale już po chwili runął na ziemię. - Nie pozwól mi tu umrzeć – szlochała dziewczyna, błądząc wzrokiem po krajobrazie, który rozciągał się wokół niej. Ogień szalał wszędzie. Dym okrywał swoją zasłoną każdy jeden cień. - Nie umrzesz – zapewnił Michi łamiącym się głosem. Gdy zobaczył, że szatynka zamyka oczy, ponownie przyklęknął obok niej i uderzył delikatnie w policzek. – Mów do mnie! – krzyknął, widząc jej niewidomy wzrok, który prześlizgiwał się po nim powoli, nie mogąc skupić się na jednym punkcie. - Nie chcę umierać! Proszę, weź mnie stąd! – błagała przez łzy, chwytając Hayböcka za rękę. - Nie myśl o tym – powiedział Michael. – Jak masz na imię? – zapytał, delikatnie wyrywając rękę z jej uścisku. Po chwili wstał, zrobił kilka kroków w stronę hotelu i krzyknął najgłośniej, na ile było go stać: - Pomocy! Odpowiedziało mu milczenie. Jasna cholera, pomyślał. - Anne – wysyczała przez zęby szatynka, wijąc się z bólu. – Ja tak bardzo chcę żyć! Proszę... Ufam ci – szeptała, zamykając oczy. - Będziesz żyć. Tylko proszę, nie zamykaj tych cholernych oczu! – wrzasnął Michael, uderzając bokiem z rozpędu w samochód. Nagle przed oczami Hayböcka zaczęły tańczyć czarne plamy, a świat wokół wirował. Skoczek robił się coraz słabszy. Zachwiał się na nogach, ale starał się za wszelką nie pokazywać tego po sobie. Ta dziewczyna, Anne, pokładała w nim całe swoje nadzieje na przeżycie. W tej chwili był dla niej kimś niezwykłym, istotą nadprzyrodzoną, zesłaną jej na pomoc. Był kimś porównywalnym do Boga. Właśnie ta nadzieja i wiara w pewność czynów Michaela była jej ostatnim tchem, popychającym ją ku chęci życia. Nie mógł jej tego odebrać. Zacisnął zęby i zrzucił !kurtkę na ziemię. - Opowiedz mi o czymś, proszę – wyszeptał Hayböck, opierając się o samochód. Dziewczyna zamrugała, zaciskając dłonie w pięści, po czym złapała łapczywie powietrze i uniosła się na łokciach, ale po sekundzie upadła. Była cała blada. Hayböckowi zostało niewiele czasu, musiał działać zdecydowanie. - Kiedyś – zaczęła, krztusząc się ciężkim dymem – byłam na wakacjach ze znajomymi w Chorwacji. Mieliśmy wynajęty domek letniskowy sto metrów od plaży. – Nagle syknęła. - Mów dalej – zachęcił ją Michael, obchodząc samochód wokół. Musiał mieć jakiś pomysł. W jego głowie szalała jednak bezradna pustka. - Każdego dnia chodziłam na plażę, ale bałam się wejść głębiej do wody. Bo wiesz – zaśmiała się z bólem – nie umiałam wtedy jeszcze pływać. Pewnego dnia popiliśmy trochę. Nie wiem, co chciałam komuś udowodnić, ale założyłam się ze znajomymi o to, że jednak wyjdę nieco dalej w morze. Bałam się bardzo. Michael szybkim ruchem uderzył o samochód, sprawiając, że ten uniósł się do góry na dziesięć centymetrów. Natychmiast chwycił dach, starając się niw pozwolić mu z powrotem opaść na zmasakrowaną nogę dziewczyny. Napiął mięśnie rąk, unosząc powoli pojazd do góry. Ciało Anne zaczęło nagle drgać z bólu. Dziewczyna krzyknęła z całej siły, rozdzierając powietrze swoim szaleńczym skowytem. - Mów dalej! – ponaglił ją Michi, walcząc z samochodem. Jego twarz była cała czerwona, żyły na rękach nabrzmiałe. - Kiedy woda sięgała mi już podbródka, zaczęłam sobie uświadamiać, że posunęłam się już za daleko i odwróciłam się w stronę plaży, ale wtedy moja najlepsza przyjaciółka zaczęła się ze mnie śmiać. Według niej wcześnie wymiękłam – załkała histerycznie. – Wszyscy się do niej dołączyli, więc zrobiłam jeszcze jeden krok... Boli! – krzyknęła przez łzy, patrząc szeroko otwartymi oczami na poczynania Hayböcka. – W tym miejscu, gdzie postawiłam stopę, rozpoczynała się głębina, a ląd gwałtownie opadał w dół. Wpadłam do wody, nie mogąc wydostać się na powierzchnię. – Jęknęła z bólu. – Podobno spędziłam pod wodą ponad dwie minuty. Ledwo przeżyłam. Proszę cię, nie pozwól mi tu umrzeć, proszę! Hayböck przyjrzał się zbolałej twarzy Anne. Natychmiast włożył więcej siły w to, co robił, naparł biodrem na samochód i z przeciągłym jękiem zmęczenia, bólu i ekscytacji popchnął pojazd na trawnik. Ten upadł ze zgrzytem na płonące opony, rozdzierając powietrze okrutnym hałasem. - Nie pozwolę – powiedział. Przed jego oczami przepłynęły czarne mroczki. Zaczął mrugać. Opadł na kolana obok ciała Anne, spoglądając na to, co pozostało z niegdyś kształtnej nogi dziewczyny. Syknął przeciągle, czując, jak jego ciałem przechodzą nieprzyjemne dreszcze. Wszystkie kości kończyny, pogruchotane, przebijały skórę. Krew lała się gwałtownym strumieniem na ziemię. Anne podniosła się na łokciu, aby sprawdzić, co wywołało u Hayböcka taką reakcję. Z jej oczu popłynął potok łez, a gardło przedarł krzyk. - Nie, nie, nie, nie, nie! – wrzeszczała. – Ja nie chcę tracić nogi. Proszę, powiedz mi, że będę miała dwie nogi, proszę! – błagała smutno, szukając prawą dłonią dłoni Michiego. Hayböck spojrzał na nią pokrzepiająco, ale nie był w stanie nic powiedzieć. Nie chciał kłamać. Nie mógł zabić jej za życia. W tym momencie nadzieja była jej życiem. Dym rozlewał się coraz gęściej wokół nich, kryjąc dwie sylwetki w swoich ciemnych odmętach. Michi, kaszląc przeraźliwie, sięgnął dłonią po niebieską kurtkę, po czym zaczął ją drzeć na grube, podłużne pasy. Kiedy przedarł ostatni kawałek, zaczął owijać prowizoryczne bandaże wokół miejsca, z którego krew lała się najgęściej. Widok czerwonej cieczy przyprawiał go o mdłości. Zagryzł dolną wargę. Nie myśl o tym, upominał się. Nagle zaczął się gwałtownie pocić. Serce galopowało jak szalone, a oddech stopniowo stawał się płytszy. Jego ciało błagało o tlen, którego wokół prawie już nie było. Płuca Michaela tonęły w czarnym dymie. - Czym sobie na to zasłużyłam? – szepnęła niespodziewanie Anne. - Świat jest niesprawiedliwy, zawsze kara tych, którzy nie są niczemu winny, a najgorszych zbrodniarzy miłuje ponad wszystko – odparł, czując gorzkie łzy na twarzy. Po chwili wsunął prawą rękę pod uda dziewczyny, a lewą pod jej plecy i uniósł do góry, chwiejąc się lekko na nogach. Ruszył przez dym, czując, jak sen zaczyna spływać na jego powieki. Jednak on nie mógł polec. Nie teraz. W swoich rękach miał życie tej dziewczyny, która szlochała w jego ramionach. - Obiecaj mi, że przeżyję – mruczała co chwilę, kręcąc niespokojnie głową. – Chcę to od ciebie usłyszeć. Hayböck nie odpowiedział. Nie mógł. Nie potrafił. Nie chciał. Skupił uwagę na tatuażu, zdobiącym jej nadgarstek – niewielkim kolibrze, rozpościerającym skrzydła do góry. Dym przed oczami Michiego zaczął rzednąć, wyłaniając spod swojej zasłony gmach hotelu i kilka sylwetek ludzi. Uśmiechnął się do siebie. Przyspieszył kroku. Jego nogi chwiały się teraz na wszystkie strony. Głowę zasnuwała mu mgła. Myśli odpływały gdzieś daleko, kotłując się z tyłu głowy. Nagle opadł na kolana. Jęknął przy tym cicho. Już po chwili wokół niego zebrali się ludzie w czarnych strojach, którzy wzięli z jego ramion dziewczynę. Kilka sekund później Michael poczuł, jak wiotczeją mu mięśnie i upadł całym ciałem na bruk, tracąc przytomność. Na twarzy skoczka błąkał się zimny uśmiech. Jasne światło lampy rozlewało swoją poświatę po obszernym, białym pomieszczeniu, przebijając się przez delikatną zasłonę utkaną pod powiekami Michaela. Hayböck otworzył powoli oczy, po czym natychmiast opuścił powieki. Białe światło raziło skoczka, sprawiając, że przed oczami zaczęły mu przepływać kolorowe kleksy. Zaczął szybko mrugać, aby spędzić rozmazane kształty spod powiek. Gdy odzyskał ostrość widzenia, rozglądnął się wokół. Znajdował się w sali szpitalnej. Białe ściany przyglądały mu się badawczo, chowając się nieśmiało za rzędem jasnożółtych szafek, na których leżała liczna aparatura, a na jednej z nich stał płaski telewizor. Jasny parkiet pokrywał podłogę. Delikatne światło przesączało się przez cytrynowe zasłony, zakrywające okno. Obok miękkiego łóżka, rozpościerającego się pod jego ciałem, stała kroplówka. Jeden z jej końców tkwił w nadgarstku Michaela. Hayböck zaczął zastanawiać się, co tu robi. Po krótkiej chwili jego umysł zalała fala przebłysków tego, co wydarzyło na parkingu. Wybuch. Auto. Dziewczyna. Dym. Słowa te przepływały wokół jego wspomnień, nie mogąc dopasować się do żadnego konkretnego. Zirytowany swoją bezsilnością, podniósł się do siadu i sięgnął po niewielkiego pilota, leżącego na stoliku obok łóżka. Materac zaskrzypiał cicho, przerywając potęgę rytmicznego tykania EKG. Czuł się nieco osłabiony, jego ruchy nie były takie pewne, jakie powinny być. Nakierowując pilota na ekran, oparł łokcie na kolanach. Po krótkiej chwili obraz się rozjaśnił, po czym oczom Michaela ukazała się ogromna kula ognia. Pasek informacyjny na dole ekranu przesuwał się z niesłychaną prędkością. Hayböck włączył dźwięk, wzrokiem przebiegając po napisach. „Dzisiaj rano w Oberstdorfie na parkingu przed hotelem «Hinter dem Berg» wybuchł samochód...” „Cztery osoby zostały przetransportowane do szpitala...” „Jednym z poszkodowanych jest austriacki skoczek narciarski Michael Hayböck...” „Przyczyny wybuchu są nieznane, ale za zaistniały incydent oskarża się mężczyznę, który dzień wcześniej zamordował i uprowadził osoby związane ze skokami narciarskimi...” Nagle Michael zeskoczył z łóżka, wyrywając z nadgarstka wenflon. Skrzywił się trochę, ale już po chwili na jego twarz wkroczył wyraz determinacji. Adrenalina zaczęła go napędzać. Ruszył w stronę drzwi. Będąc już przy ogromnych, białych drzwiach, nacisnął klamkę i wyszedł z pomieszczenia, zostawiając włączony telewizor. Szedł szybkim krokiem, rozglądając się wokół. Co chwilę zaciskał wargi w wąską kreskę, bijąc się z myślami. A co jeśli...? Nie pozwolił sobie dokończyć tego pytania. Przemierzał korytarz zdecydowanym krokiem, co chwilę przenosząc swój wzrok z drzwi prowadzących do sali szpitalnych, na ludzi przechodzących obok niego. Teraz już wszystko do niego wróciło. Każdy szczegół wyostrzył się ze zdwojoną siłą. Niemal czuł gryzący dym, ocierający się o jego gardło. Natychmiast przełknął ślinę i skupił się na każdych mijanych drzwiach, na każdy szczegół, jaki mógł wychwycić okiem za cienką taflą szkła, która rozciągała się przed niektórymi salami. Szedł żwawym krokiem, nie zwracając uwagi na delikatny ból, kotłujący się w jego klatce piersiowej. Musiał ją znaleźć i zobaczyć, czy żyje. Obiecał jej coś. Zaprzysiągł sobie, że zrobi wszystko, aby spełnić tę obietnicę. W pewnej chwili zobaczył pielęgniarzy, pchającym wolnym krokiem nosze szpitalne. Kółka, przymocowane na dole, skrzypiały cicho, odbijając się w głowie Michaela głuchym echem. Jeden z pielęgniarzy otworzył białe drzwi, prowadzące do szpitalnej sali, po czym wózek, na którym leżała nieruchoma sylwetka człowieka, wtoczono do środka. W ostatniej Hayböck zobaczył ten mały szczegół. Tatuaż. Ten sam, w dokładnie tym samym miejscu. Był przekonany, że to właśnie ona, Anne. Natychmiast przyspieszył kroku, słysząc chaotyczne dudnienie swoich butów o posadzkę. Po chwili stwierdził jednak, że to jego serce. Kiedy stanął przed drzwiami do sali, te zamknęły się. Nie zastanawiając się nad swoimi czynami, pociągnął za klamkę, czując z dziką satysfakcją, że zamek puścił bez przeszkód, pozwalając Michaelowi wejść do środka. Zanim jednak zrobił choć jeden krok do środka, czyjaś zdecydowana ręką pociągnęła go w stronę korytarza. - Tam nie wolno wchodzić! – powiedział ten ktoś, kto właśnie ciągnął Hayböcka w stronę krzeseł stojących pod przeciwległą ścianą. Michi wyrwał się gwałtownie, spoglądając niespokojnym wzrokiem w kierunku drzwi, ponownie zamykających się. Tym razem usłyszał brzęk zasuwanego zamka. Zaklął cicho pod nosem, podchodząc zdenerwowanym krokiem do drzwi. Na delikatnej tafli białego drewna oparł rękę, kryjąc twarz w zgięciu łokcia. - Muszę. Ją. Zobaczyć – wysyczał z dziką pasją w głosie. - Ale tam... - Nie obchodzi mnie to! – wrzasnął, odwracając się twarzą do kobiety w średnim wieku, patrzącą na niego niewiadomym wzrokiem. – Po prostu muszę ją zobaczyć. Obiecałem jej coś. Coś najcenniejszego. Chcę wiedzieć, czy znowu wyjdę na świnię i wszystko spieprzę. Czy jestem kłamliwym dupkiem – powiedział, wyłamując kostki dłoni. Po chwili dodał: – Chcę wiedzieć, co u niej. Proszę. – Ostatnie słowo wypowiedział bezgłośnie. Pielęgniarka zmarszczyła brwi. Zaczęła w zamyśleniu skubać palcami dolną wargę, co jakiś czas odruchowo zaczesując lekko podsiwiałe włosy spięte w kok do tyłu. Michael odwrócił się przodem do drzwi, zaciskając za plecami dłoń na nadgarstku. Starał się wychwycić każdy dźwięk dochodzący zza drzwi, każde jedno charakterystyczne piknięcie, któremu wtórowała pędząca raz w górę, raz w dół kreska. Chciał usłyszeć życie. Spełnioną obietnicę. Tu nie chodziło wyłącznie o niego – to było coś ważniejszego od bycia słownym człowiekiem. Już zbyt wiele ludzi ucierpiało na jego obietnicach, tak samo jak i on poległ na obiecywaniu. Teraz nie mógł polec. Wraz z jego wewnętrznym sumieniem, które starało się utrzymać w niezachwianym porządku i sprawiedliwości, poległoby ludzkie życie. Życie, mające jeszcze tyle przed sobą do osiągnięcia. - Proszę pana – głos pielęgniarki wyrwał Hayböcka z zamyślenia – czy to bardzo ważne? Jest pan kimś z jej bliskich? Świat rodzi ludzi, a potem każe im żyć. Ale aby mogli oni normalnie żyć, muszą opierać się kłamstwie i trzymać się go jak ostatniej deski ratunku. Muszą być kłamcami. - Tak – odparł Michael, przygryzając wewnętrzną stronę policzka. – To ja ją wyciągnąłem spod tego auta – szepnął ledwo dosłyszalnie, muskając przy tym opuszkami palców białe drzwi. Pielęgniarka skinęła głową, po czym spuściła wzrok na podłogę. - Może coś dałoby się zrobić – odparła po chwili. – Tylko niech się pan uzbroi w cierpliwość. Niczego nie obiecuję – dodała na odchodnym. Hayböck westchnął, nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić. Nie miał nic, co zajęłoby go w czasie oczekiwania. Poza tym, nie potrafiłby niczego zrobić. Białe drzwi do sali otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Po chwili ciężka noga Hayböcka przekroczyła próg, delikatnie stukając o podłogę. Michael z radością i przerażeniem w oczach spojrzał ostatni raz na pielęgniarkę, zamykającą za nim drzwi, po czym przeniósł wzrok na łóżko szpitalne, na którym rozciągała się tkwiąca w śpiączce farmakologicznej sylwetka dziewczyny. Wciąż patrząc na łóżko, zrobił kilka kroków do przodu, po czym zatrzymał się i przełknął ślinę obok guli, która wyrosła mu w gardle. Jego następne kroki były automatyczne – nawet nie zdążył się zorientować, kiedy ponownie oderwał swoje stopy od ziemi. Po kilku sekundach okrutnego przemarszu, usiadł na krześle obok łóżka, splatając palce ze sobą. Jego wzrok natychmiast skierował się na zamarzniętą w kojącym śnie twarz. Plastikowa rurka pod jej nosem cicho syczała, tworząc delikatną symfonię w akompaniamencie EKG i przyciszonych głosów dochodzących z korytarza. Hayböck oparł łokcie na kolanach i zamknął powieki. Nim się zorientował, jego dłoń zetknęła się z gorącą skórą Anne. Zacisnął zęby, przełknął gorzki posmak w gardle, po czym otworzył oczy, wpatrując się ślepo w jej ciało. Nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał z ust pielęgniarki, która go tu wpuściła. „Sepsa. Przykro mi.” Życie jest zbyt krótkie, żeby można było je skracać. - Obiecałem ci – szepnął – obiecałem ci, że przeżyjesz. Przepraszam, że kłamałem. Dopiero w tym momencie zorientował się, że jest ubrany w szpitalną, cienką piżamę. Zimne powietrze zaczęło pełzać po jego ciele, wywołując gęsią skórkę. Dolna warga drżała powoli, wtórując trzęsącym się ramionom. Po chwili zrozumiał, że tego powodem wcale nie jest zimno, ale szloch, wstrząsający jego ciałem. Łzy zaczęły płynąć mu po twarzy, a on nawet nie próbował ich ocierać. Żyjemy, aby kłamać, i kłamiemy, aby dawać innym życie, zaklęte w nadziei Ciężkie powieki Johanna podniosły się powoli. W pomieszczeniu panowała ciemność. Jedynym dźwiękiem, rozchodzącym się w powietrzu była cisza, swoim ciężarem przygniatająca wszystko wokół. Skoczek zaczął powoli mrugać, aby przystosować wzrok do ciemności. Po niecałej minucie przed jego oczami zaczęły materializować się kształty, które już tak dobrze znał, mimo iż był zamknięty w tym pomieszczeniu niecały dzień. Nagie ściany patrzyły na niego smutnie. Rury, rozciągające się wzdłuż szarych powierzchni ścian, wydawały się zbliżać w jego stronę. Zimna podłoga kurczowo trzymała się kilku nielicznych mebli, znajdujących się w pokoju. Niewielkie okienko, tuż pod samym sufitem, zakryte kratami i grubą blachą, przepuszczało delikatną poświatę rannego słońca. Nigdzie nie było Załatwiacza. Żadnych dźwięków, które zazwyczaj dobiegały z pokoju obok, kiedy porywacz tu był. Nic. Johann zaczął się wiercić, próbując wstać. Dopiero po chwili przypomniał sobie, że jest związany. Po chwili, szarpiąc za więzy, poczuł ogromny ból w nadgarstku. Starał się ze wszystkich sił poluzować węzeł, aby móc się stąd wydostać. Teraz albo nigdy. Forfang już czuł na skórze ciepłą krew, ale nadal próbował się wyrwać. Nagle jego prawa dłoń odrobinę wysunęła się z morderczego uścisku. Uśmiechnął się do siebie, czując, jak pot wstępuje mu na czoło. Ciesząc się swoim małym tryumfem, powoli wysuwał dłoń z zaciśniętej pętli, która z każdą chwilą wydawała się powiększać swój otwór. W pewnym momencie jego dłoń była już wolna. Podniósł ją do góry, oglądając świeże rany, pokryte krwią. Skrzywił się na ten widok, po czym natychmiast podniósł się w kucki i wolną ręką zaczął rozwiązywać drugi supeł. Szło mu to bardzo powoli, ponieważ prawie nie czuł palców w ścierpniętej dłoni. Po kilkudziesięciu sekundach walki z mocnym węzłem, był już wolny. Uniósł obie dłonie do góry, ruszając niespiesznie palcami, aby odzyskać w nich czucie. Czuł, jak przyjemne mrowienie pełza po jego skórze, przynosząc ze sobą ulgę. Rozkoszując się tym uczuciem, przymknął oczy. Gdy po chwili otworzył oczy, jego wzrok od razu padł na ręce. Sznur, wrzynający się w nadgarstki, pozostawił po sobie wiele śladów. Przygryzł wargę i natychmiast wyrzucił ten obraz ze swojej głowy. Po chwili postanowił wstać. Kiedy się wyprostował, o mało co nie upadł. Podparł się o ścianę, próbując przezwyciężyć naturę i jak najszybciej, nie czekając na powrót pełnego czucia w nogach, dojść do drzwi. Nigdy nie wiadomo, ile miał czasu. Trzymając się kurczowo ściany, posuwał się na chwiejnych nogach powoli do przodu. Już stał obok drzwi, jego dłoń zbliżała się klamki, kiedy nagle usłyszał brzęk otwieranego zamka, a zaraz po nim klamka poruszyła się powoli na dół. Forfang nie zdążył się cofnąć. Drzwi uderzyły w niego z impetem, przewracając go na ziemię. Upadł na biodro. Poczuł w nim dziwny, dziki ból. Nie krył grymasu na twarzy – jej wyraz zamarł w niemym krzyku. - Co do chole... – powiedział Załatwiacz, który zaczął błądzić dłonią po ścianie w poszukiwaniu włącznika. Po chwili pomieszczenia rozbłysnęło jasnym światłem, oślepiając Johanna. Zakrył oczy ręką. - Ty skurwielu! – wysyczał Załatwiacz, patrząc ze złością na skoczka. Nagle schylił się, łapiąc Forfanga za kołnierz poszarpanej koszuli i uniósł go kilkadziesiąt centymetrów nad ziemię. Johann zaczął krzyczeć, czując ból w biodrze. – Ty durniu! Zachciało ci się uciekać, tak? – zapytał, zbliżając twarz do twarzy Forfanga na kilka centymetrów. – A ja traktowałem cię ulgowo. – Wypuścił z ręki kołnierz bluzki skoczka, po czym ten opadł na ziemię, uderzając się w łokcie, którymi próbował zamortyzować upadek. Syknął z bólu, na co Załatwiacz odpowiedział z diabelnym uśmiechem: – Dopiero teraz zobaczysz, z kim przyszło ci się zmierzyć – szepnął, prostując się dumnie. Nagle noga Załatwiacza uniosła się do góry, po czym z ogromną siłą uderzyła w brzuch skoczka. Johann jęknął z bólu. - Podoba się? Nie czekając na odpowiedź, wytoczył przeciwko Forfangowi salwę kopniaków. Jego stopa lądowała, wydawałoby się, na każdym skrawku ciała skoczka, omijając tylko głowę. Fala bólu rozlewała się po ciele skoczka, przynosząc na jego twarz łzy bólu. Wił się na podłodze, błagając o litość. Po chwili jego krzyki zamieniły się w szept, a później słowa pulsowały w jego głowie, nie chcąc wydostać się z gardła, uciekając gdzieś głęboko. Za każdym razem, kiedy Załatwiacz uderzał o biodro Johanna, ten czuł dziwne ciepło w środku, któremu towarzyszyły ciche dźwięki. Starając się uciec od bólu, skupił się tylko na nich. Po chwili wsłuchiwania się w chrzęst, zamknął oczy, czując łzy na twarzy, i odciął się zewnątrz. Był tylko on i ten dźwięk. Nie istniało nic innego. Załatwiacz, widząc opanowanie na twarzy uprowadzonego, uspokoił się, po czym przykucnął obok skoczka i klepnął go w twarz. Powtarzał to tak długo, aż Johann spojrzał wystraszonym wzrokiem na swojego oprawcę i przełknął nerwowo ślinę. - Kochaniuteńki, zafunduję ci tu takie piekło, że nawet diabeł by się go nie powstydził – wyszeptał Załatwiacz, po chwili wymierzając potężny cios w twarz Johanna. Wszystko przed oczami Forfanga zaczęło się rozmazywać i chwilę potem jego wzrok zalała fala ciemności. W ostatnich chwilach świadomości usłyszał dumny głos oprawcy: - Spokojnego snu. Coś piszczało. W krótkich, spokojnych odstępach. Coś cicho syczało. Niemalże niesłyszalnie. Coś nieśmiało rzęziło. Mieszało się ze wdechem i wydechem. Coś zaskrzypiało. Krótki ułamek sekundy. Dawid natychmiast otworzył oczy. Jego wzrok omiótł prawie każdy kawałek białego sufitu, wiszącego nad nim. Zaczął szybciej oddychać. Czuł się dziwnie skrępowany. Poruszał palcami u rąk, potem uniósł ramiona do góry. Dopiero po kilkunastu sekundach wszystko wróciło do jego świadomości. Ponownie poczuł dziwne kłucie wewnątrz czaszki, tym razem zdecydowanie lżejsze. Na skórze pod nosem czuł przyjemne, lekkie powietrze, które wypływało z przezroczystej, plastikowej rurki, opasającej jego głowę. Czuł, jak zimny plastik łoskocze go, zawijając się za uchem. W jego żyle tkwił wenflon, łączący się z kroplówką. Przezroczysty płyn skrzył się blaskiem słońca, załamującego się w jego tafli. Aparat EKG stał na niewysokiej szafce tuż obok łóżka, wygrywając spokojną melodię. Kubacki przygryzł dolną wargę, aby opanować niepohamowaną ochotę na wybuch śmiechem. Sam nie wiedział, czemu zebrało mu się na śmiech. To ewidentnie nie była sytuacja, w której powinien się śmiać. Mimo to, czuł, że kąciki jego ust mimowolnie podniosły się ku górze. - Dzień dobry – rozległ się przyciszony, głęboki głos. Dawid powoli odwrócił głowę w stronę, z której dobiegał głos. W pomieszczeniu nie było nikogo. Nikogo, poza mężczyzną w szarym płaszczu, czarnym kapeluszu, eleganckich mokasynach i diabelskim uśmiechem na twarzy, siedzącym na stołku obok łóżka Kubackiego. Skoczek odruchowo wpił się głębiej w materac łóżka. Skądś znał już go kojarzył. Wydawało mu się, że widział tego człowieka przynajmniej raz. Kiedy przypomniał sobie, kim jest ten, na którego patrzy, przełknął nerwowo ślinę. Jednak po chwili przyjrzał się uważniej twarzy mężczyzny. Rysy twarzy miał mocno zarysowane, modre czarne oczy spoglądały na Dawida z dziką satysfakcją, jasne włosy nieznacznie wystawały spod kapelusza. Nie. To nie on. - Powinieneś być zaszczycony tym, że znalazłem dla ciebie chociaż chwilę czasu, skarbie – przerwał ciszę nieznajomy. Dawid spojrzał na niego, marszcząc brwi. Mężczyzna wstał, spoglądając na leżącego skoczka z góry. Jego usta wykrzywiły się w szerokim uśmiechu. Włożył obie dłonie do głębokich kieszeni, chrząkając cicho. - Widzę, że nie masz dla mnie żadnego respektu. To cię zgubi. Zresztą nie tylko ciebie. Znam kogoś, kogo już to zgubiło. I teraz to on próbuje swoich sił w tym złym świecie jako osoba, która rozdaje karty. Taka mała zabawa w Boga – mówił z nudą w głosie. – Wiesz, naprawdę nie chcę, aby to tak się skończyło. I tu wcale nie chodzi o honor, walkę dobra ze złem i inne głupoty. – Zrobił pauzę. – Interesuje mnie jedynie zemsta. A ty pomożesz mi zrealizować tę zemstę, blondasku. – Wyciągnął rękę z kieszeni i zmierzwił włosy Dawida. Kubacki poruszył się niespokojnie, czując, jak jego oddech przyspiesza. O co chodzi temu mężczyźnie? Jaka zemsta? I w czym Dawid miałby mu pomóc? - Jesteś uroczy, kiedy się denerwujesz. Aż wstyd mi pomyśleć, że muszę to zrobić. Ale taka jest kolejność rzeczy – orzekł mężczyzna, patrząc spode łba na Dawida. Na jego twarzy widać było skruchę. W oczach natomiast panowała istna duma, w której każdy mógłby utonąć i zniknąć w jej morderczych otchłaniach. - O co ci chodzi? – wychrypiał Dawid. Nieznajomy prychnął. - Zaraz się przekonasz. Chcę jednak, abyś wiedział, jak ma na imię ten, który wprowadzi cię prosto do bram raju, gdzie będzie ci zdecydowanie lepiej niż tu, na ziemi. Na ziemi, na której teraz ja przejmuję wartę – wysyczał, zbliżając twarz do ucha Dawida. Przez ciało skoczka przeszły nieprzyjemne dreszcze. Nagle nieznajomy wysunął swe dłonie przed siebie, łapiąc za szyję Dawida. Jego długie palce zacisnęły się w morderczym uścisku, cały czas zacieśniając uścisk. Kubacki zaczął się dusić, próbując krzyczeć. Jego ciałem wstrząsały dziwne drgania. Chociaż chciał, nie mógł podnieść rąk. Aparat EKG natychmiast zareagował, zaczynając coraz szybciej piszczeć. Dźwięk był coraz głośniejszy. Odbijał się echem w głowie Dawida. Czuł, że już wiele życia mu nie zostało. W pewnym momencie coś uderzyło o drzwi od strony korytarza. Krzyki niosły się w powietrzu, tak jakby próbując swoją siłą otworzyć drzwi i wedrzeć się do środka. - Nazywam się Axel. – Głos nieznajomego zajął całą głowę Dawida, walcząc o siłę przebicia jedynie z biciem serca, które waliło w klatkę piersiową Kubackiego z niezwykłą siłą. – I przyniosę temu świata piekło – dodał, odrywając się od szyi Dawida. Zanim odbiegł od łóżka skoczka, rozerwał rurkę z tlenem pod nosem Kubackiego. Już po chwili ciało mężczyzny zniknęło za oknem, a do sali szpitalnej wdarł się personel, próbując uspokoić rozdygotanego Dawida. W jego głowie odbijało się tylko jedno zdanie. „Przyniosę temu światu piekło.” Kubacki nie mógł się pozbyć wrażenia, że miało to coś wspólnego z Turniejem. Sportowiec z trudem łapał powietrze, czując, jak jego ciałem wstrząsają drgawki. Po kilku sekundach skoczek stracił przytomność. ******** Hejka! ❤❤❤ No kurde... Jaka ja z siebie dumna jestem! Tym oto rozdziałem pobiłam długość jednego rozdziału. Poprzedni rekord wynosił 9 stron, ten ma ponad 10! (Piszę w Wordzie, także tego...) Poza tym, wyszło zajeeee....fajnie. Michi bohater, wszyscy odżywają, Dawid prawie umiera... Klasyka u mnie. Na początku myślałam nad tym, aby zabić Dawida, ale uznałam, że nie wypada. Dopiero chłopina skończył sezon najlepszy w karierzr, a ja go tu chcę zabić przed letnim GP, które na pewno wygra... No nie, zabijanie nie jest w moim stylu! (Śmieszne...) Nie ukrywam też, że jestem mega podjarana i wrukwiona (zwrot z kabaretu!). Po pierwsze: mój kochany Peter zrobił to! Wygrał wszystko i inni mogli go tylko w dupę całować i cieszyć się, że ktoś tak wspaniały ich przeleciał! Po drugie: wkurw level hard na tw pieprzone transmisje. Szwabola rok temu pokazali, a króla to nie? Co to: jakiś pakt z Merkelową?! Ale mniejsza z tym. Internety mi pomogły i obejrzałam dekorację ❤. Aż mi łezki pociekły ze wzruszenia. Zasłużył, król sezonu. Chociaż i tak kochałam go na drugim miejscu. Ale nie zawiódł - był DWA razy DRUGI! (Drużynówka też się liczy!) Wracając do opowiadania: nie zawiodę Was, będę to dalej pisać! Kocham to! Uwielbiam zabijać i kaleczyć. Niestety w prawdziwym życiu nie było mi dane mieć taką okazję, więc jestem seryjnym mordercą tutaj. Aha! I jeszcze notka o "Prevcolocie". Najpierw chciałam się wyrobić z tym blogiem, dlatego tak długo nie ma rozdziału tam. Ale obiecuję: niedziela albo nawet wcześniej możecie się spodziewać rozdziału. Zdradzę tytuł: " Szwajcarski obóz koncentracyjny". No to co? Planica, Planica, snežna kraljica i goodbye sezonie? Pozdrawiam ;*** Derby Trójmiasta, w których Arka Gdynia podejmie Lechię Gdańsk, będą starciem dwóch zupełnie innych światów jeśli chodzi o strukturę budowy obu zespołów. Różnic jest dużo, a teoretycznie pod tym względem przewaga należeć będzie do gospodarzy piątkowego spotkania. Mówi się, że Rosja jest izolowana na całym świecie z powodu swojej brutalnej wojny napastniczej. Tak nie jestW ONZ szereg państw wstrzymało się przy głosowaniu potępiającym agresję na Ukrainę, w tym te najliczniejsze – Chiny i IndieZachód i NATO wcale nie są tak zjednoczone przeciw Putinowi, jak czasem się to przedstawia. Przykładem pęknięć są Turcja i WęgryBędący bliskim sojusznikiem USA Izrael nie uczestniczy w sankcjach ani nawet retorycznie nie wspiera UkrainyWięcej informacji znajdziesz na stronie głównej OnetuPierwsza nieścisłość – mówi się, że Rosja jest izolowana na całym świecie z powodu swojej brutalnej wojny napastniczej. Tak nie jest, że 35 rządów, reprezentujących 4,052 mld ludzi, wstrzymało się od głosu na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ 2 marca, zachowując tym samym neutralność wobec Putina. W kolejnym głosowaniu 24 marca, a więc już po tym, jak świat obiegła informacja o atakach na oddział położniczy w Mariupolu, już nie mniej, ale trzy państwa więcej nie chciały potępiać wojny nich są Indie, największa demokracja na świecie z populacją liczącą prawie 1,4 mld ludzi. Minister spraw zagranicznych Indii Subrahmanyam Jaishankar i minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow spotkali się ponownie w ostatni weekend. Ławrow, po tym jak przyjął go premier Modi, powiedział: – Jesteśmy przyjaciółmi. Doceniamy, że Indie patrzą na tę sytuację całościowo, a nie spraw zagranicznych Indii Subrahmanyam Jaishankar i minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow - SHAMIL ZHUMATOV / PAPRządowi Modiego to się opłaca. Rosyjska ropa płynie teraz po korzystniejszych stawkach. Poza tym Indie kupują od Rosji prawie połowę swojego sprzętu część artykułu pod materiałem i 16 innych państw afrykańskich również nie sprzeciwiło się Radzie Bezpieczeństwa ONZ nawet Zjednoczone Emiraty Arabskie, najbliższy partner USA w świecie arabskim, wstrzymały się od głosu. W tym regionie świata nieliczni porównują wojnę Putina z kampanią George'a W. Busha w Iraku, która również naruszyła prawo w NATODruga nieścisłość – Zachód i NATO są zjednoczone w walce przeciwko Putinowi. Tak też nie jest. Przy bliższym spojrzeniu można dostrzec przykład Turcja, członek NATO, nie uczestniczy w uzgodnionych sankcjach gospodarczych. Erdogan nie postrzega siebie jako antyputinowskiego bojownika, ale jako członek UE, gdzie w niedzielę premier Viktor Orbán wygrał wybory parlamentarne ze swoją narodowo-konserwatywną partią Fidesz zaskakująco wyraźną przewagą głosów, również nie chcą psuć stosunków z Putinem. Uczestniczą w sankcjach gospodarczych, ale nie udzielają pomocy wojskowej rządowi w Kijowie. Inne państwa UE również nie mogą dostarczać broni do Ukrainy przez terytorium Węgier. Rozumowanie Orbana wygląda w ten sposób – nie ponosimy żadnej odpowiedzialności moralnej wobec Ukrainy i nie musimy się usprawiedliwiać przed narodem ukraińskim, ale przed Węgier Viktor Orban - PAP/EPA/ZOLTAN FISCHER / HUNGARIN PRIME MNISTER OFFICE / HANDOUTIzrael, tradycyjnie jeden z najbliższych sojuszników USA, dystansuje się od Zachodu także w kwestii Putina. Ani nie wspiera retorycznie Ukraińców, ani nie uczestniczy w sankcjach gospodarczych. Premier Naftali Bennett wydał skromne oświadczenie, które Putin może uznać za aprobatę – "Izrael podziela międzynarodowe zaniepokojenie poważną eskalacją konfliktu w regionie i ma nadzieję, że uda się znaleźć dyplomatyczne rozwiązanie".Nawet Niemcy – o czym wszyscy w tym kraju wiedzą – nie spieszyły się z rezygnacją z Nord Stream 2 i dostarczaniem Ukraińcom sprzętu wojennego. Nawet podczas swojej inauguracyjnej wizyty w Waszyngtonie dwa miesiące temu Olaf Scholz nie był w stanie wypowiedzieć się jednoznacznie w żadnej z tych dziś ogłoszony przez kanclerza – z opóźnieniem i pod naciskiem amerykańskim – "historyczny przełom" nie dotyczy najważniejszych stosunków gospodarczych z Rosją, czyli sektora energetycznego. Rządzący w Berlinie nie chcą angażować się w embargo, ponieważ wtedy Niemcy narażałyby nie tylko swoje uczucia, ale i dobrobyt. Widać, że rząd bardziej boi się recesji niż zbrodni wojennych Putina w – Rosja nie znajduje się w komfortowej sytuacji geopolitycznej, ale sytuacja Putina nie jest też beznadziejna. Utrzymuje go sieć zależności politycznych i ekonomicznych, zręcznie przędzona przez dziesięciolecia. Platon nie mógł znać Putina, ale podejrzewał, że dla potężnych wojna i pokój nie są kategoriami moralnymi, lecz kategoriami władzy i polityki, gdy mówił "tylko umarli widzieli koniec wojny".Szef serwisu informacyjnego The PioneerŹródło:The PioneerData utworzenia: 4 kwietnia 2022, 12:07Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas! Listy od czytelników już wielokrotnie nas zainspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Wszystkie znajdziecie tutaj.
Syryjskie siły rządowe wstrzymały w sobotę ostrzał Hims, na zachodzie kraju, przed wizytą oenzetowskich obserwatorów w tym mieście - informują działacze praw człowieka. Państwowe media
Materiały: 15 15 10 Koszt: 6 000 Plan Poziom 4 (Mistrzowski) Wymagany poziom: 23 Broń dwuręczna Barbarzyńca Legendarna potężna broń dwuręczna 55,0 Obrażenia na sekundę 53-57 pkt. obrażeń 1,00 ataku na sekundę Primary +[3 - 4]% obrażeń +[494 - 674] pkt. życia przy trafieniu+4 losowe magiczne właściwości Account Bound Tylko umarli widzieli koniec wojny.
Plot. Roza ( Lucyna Winnicka) marries a promising young architect, Juliusz ( Roland Glowacki ). They have a blissful life together for the first few months, but then World War II breaks out and Juliusz is deported to a concentration camp soon after. Months and years go by, and Roza gradually abandons any hope that her husband might return.
Autor: Paweł Czechowski Tagi: Wywiady, Historia wojskowości, Książki, II wojna światowa, Polska, Niemcy, Austria, SzwajcariaOpublikowany: 2020-08-18 15:56Licencja: wolna licencjaWokół niemieckiej agresji na Polskę we wrześniu 1939 roku narosło wiele historycznych mitów. Które z nich są powtarzane najczęściej? Jakie były kluczowe momenty wrześniowych walk? Pod jakimi względami Polska była dobrze przygotowana, a gdzie pojawiły się poważne braki? Między innymi o tym rozmawialiśmy z dr. Robertem Forczykiem, historykiem, byłym żołnierzem Army oraz autorem książki „Fall Weiss. Najazd na Polskę 1939”.Paweł Czechowski: Jak wiele mitów funkcjonuje wciąż wokół niemieckiej inwazji na Polskę? Które z nich należy uznać za najpoważniejsze błędy? Dr Robert A. Forczyk jest absolwentem studiów historycznych na University of Notre Dame. Służył w armii amerykańskiej jako czołgista, a następnie oficer zwiadu w latach 1983-2003. W 1993 roku uzyskał tytuł doktora filozofii na University of Maryland. Obecnie jest konsultantem w sprawach lotnictwa w Waszyngtonie. Dr Forczyk jest autorem ponad 30 książek historycznych, w tym wydanej niedawno Fall Weiss. Najazd na Polskę 1939 . Jego główne zainteresowania badawcze dotyczą historii wojskowości Azji i Europy. Polscy dziadkowie dr. Forczyka pochodzili z Łodzi i Tarnowa. Robert Forczyk: Istnieją trzy podstawowe mity na temat niemieckiej kampanii w Polsce w 1939 roku:• Niemiecka Luftwaffe niszcząca polskie Lotnictwo Wojskowe na początku walk i to głównie na ziemi.• Polska doktryna wojskowa jako głupia, przestarzała i nazbyt uzależniona od wojsk konnych (w tym zawiera się też np. mit o polskiej kawalerii szarżującej na niemieckie czołgi).• Polska armia jako siła wyposażona w przestarzały sprzęt, a do tego bez środków do opracowania nowoczesnej błędem zagranicznych historyków – wzmocnionym przez niemiecką propagandę wojenną – było twierdzenie, że polska armia była przestarzała zarówno pod względem wyposażenia, jak i planowania. W rzeczywistości, poza kwestią samolotów myśliwskich, Wojsko Polskie w 1939 roku posiadało najnowocześniejsze uzbrojenie w wielu obszarach i wiedziało, jak prowadzić nowoczesną kampanię wojenną. Czołgi 7TP na manewrach (domena publiczna). Co 1 września 1939 roku stanowiło o sile niemieckiej armii – w aspekcie jakościowym, a nie ilościowym? Niemieckie dywizje pancerne dały Wehrmachtowi skoncentrowaną, mobilną siłę uderzeniową o dużej mocy. Obie strony miały czołgi, a najlepszy spośród polskich, 7TP, był równie dobry jak większość niemieckich czołgów. Polskie czołgi nie były jednak używane w masie. Gdyby Wojsko Polskie połączyło zarówno zmechanizowane brygady kawalerii (np. 10 BK, Warszawska BK), jak i dwa oddzielne bataliony czołgów, mogłoby utworzyć jedną własną dywizję pancerną.• Niemiecka artyleria polowa (10,5 cm i 15 cm) przewyższała większość polskiej artylerii polowej i została skoncentrowana, aby zapewnić dużą siłę jednak armia niemiecka nie miała w 1939 r. wielkiej przewagi jakościowej nad Wojskiem Polskim. Podobnie jak Polacy, Niemcy byli bardzo zależni od transportu konnego przy przemieszczaniu artylerii i zaopatrzenia. Co więcej, większość niemieckich jednostek rezerwowych była wyposażona w przestarzałą broń z czasów I wojny światowej lub w taką, którą przejęli wcześniej od Czy wspominana już ówczesna polska doktryna (i taktyka) wojskowa stanowiła właściwą odpowiedź na agresję Wehrmachtu? Nie. Polska doktryna wojskowa została stworzona przede wszystkim do walki z Armią Czerwoną, która nie była silnie zmechanizowana aż do lat stały się poważnym zagrożeniem dopiero w 1937 roku. Po śmierci marszałka Piłsudskiego polski Sztab Generalny przeprowadził badania, z których wynikało, że polskie siły zbrojne muszą zostać zmodernizowane, ale program ten miał zająć co najmniej pięć lat. Niemcy zaatakowały, podczas gdy Wojsko Polskie były dopiero w połowie programu dowódcy wojskowi nie spodziewali się ponadto szybkiego tempa działań wroga – przewidywali, że będą mieli więcej czasu na mobilizację i rozmieszczenie swoich sił, dlatego główny nacisk położyli na rozpoczęcie decydującej kontrofensywy pod Warszawą. Obsługa 37 mm armaty przeciwpancernej Bofors. Na zdjęciu żołnierze z Dywizjonu Przeciwpancernego 10 Brygady Kawalerii, ćwiczenia w roku 1938 (domena publiczna). W szerszej perspektywie, perspektywie całego dwudziestolecia międzywojennego – co Polska uczyniła dobrze (a co źle) w aspekcie wojskowym? Dowództwo Wojska Polskiego trafnie przewidziało zapotrzebowanie na nowoczesne działa przeciwlotnicze oraz przeciwpancerne i zainwestowało swoje skromne środki w produkcję doskonałych 37-mm działek przeciwpancernych Bofors i 40-mm dział przeciwlotniczych. Jednakże na początku wojny tej broni było wciąż zbyt mało, a Polska była zmuszona eksportować część tego uzbrojenia do Wielkiej Brytanii i Francji w celu zbierania czołgów konstrukcji polskiej i zmechanizowanie dwóch brygad kawalerii były krokiem we właściwym kierunku, ale nie udało się uzyskać wystarczających środków na ukończenie tych procesów w odpowiednim jednostki polskiej armii były odpowiednio wyszkolone i dobrze dowodzone przez zawodowych oficerów, potrafiły też świetnie radzić sobie w działaniach chodzi o błędy, Polska powinna była zbudować więcej fortyfikacji w celu ochrony kluczowych przepraw przez rzeki, takie jak Warta. Powinna była też zainwestować w zakup większej liczby min przeciwpancernych (które w rzeczywistości były niedrogie).Największym błędem było nieutworzenie dowództwa korpusu, przeznaczonego do kontrolowania dwóch lub więcej dywizji. Struktura grupy operacyjnej (GO) nie radziła sobie dobrze w walce, utrudniając koordynację podległych jednostek. Natomiast dowództwo korpusu niemieckiego mogło kierować jednocześnie 2-4 książkę Roberta Forczyka pt. „Fall Weiss. Najazd na Polskę 1939”Robert Forczyk„Fall Weiss. Najazd na Polskę 1939”40,99 złTytuł oryginalny: „Case White. The Invasion of Poland in 1939”Wydawca: Dom Wydawniczy RebisTłumaczenie: Jan Czy przed wrześniem 1939 r. istniała realna szansa, że pakt Ribbentrop-Mołotow nie zostanie podpisany? Niemiecko-sowiecka współpraca wojskowa sięga roku 1925, a oba państwa zamierzały w pewnym momencie podjąć działania napastnicze, więc pakt Ribbentrop-Mołotow wpisał się we wzorzec antypolskiej polityki ZSRR i Niemiec. Było jednak możliwe, biorąc pod uwagę wrogość między reżimem nazistowskim a reżimem komunistycznym, że porozumienie mogło nie dojść do skutku w 1939 r., ponieważ żadna ze stron tak naprawdę nie ufała drugiej. Gdyby pakt nie został podpisany, Hitler prawdopodobnie zdecydowałby się najpierw opanować tylko Gdańsk. Podpisanie paktu. Od lewej stoją: szef działu prawnego niemieckiego MSZ Friedrich Gauss, niemiecki minister spraw zagranicznych Joachim von Ribbentrop, Józef Stalin oraz minister spraw zagranicznych ZSRR Wiaczesław Mołotow (domena publiczna). Jakie były kluczowe momenty kampanii wrześniowej, które zadecydowały o jej przebiegu, poza inwazją sowiecką 17 września? Co zawiodło po polskiej stronie? Czy inne decyzje polskiego dowództwa mogły zmienić wynik walk? Decyzja o rozlokowaniu Korpusu Interwencyjnego pod Gdańskiem postawiła Armię „Pomorze” w trudnej sytuacji i została ona szybko pokonana, w ciągu trzech dni.• Porzucenie kluczowych miast przy granicy, takich jak Bydgoszcz i Częstochowa, umożliwiło Niemcom ściganie i nękanie cofających się sił polskich. Decyzja o wycofaniu się z linii Warty doprowadziła do załamania obrony.• Przedwczesne zaangażowanie Armii „Prusy” zmarnowało rezerwę strategiczną.• Wstrzymanie wysokiej jakości jednostek, takich jak 1 Dywizja Piechoty Legionów w Wilnie, zamiast przeniesienia ich do Warszawy przed gdyby polskie dowództwo rozkazało obronę większych miast, niemiecki natarcie zostałby spowolnione. Dywizje pancerne były w miastach bezużyteczne, a Niemcom brakowało Czego dzisiejszych Polaków może nauczyć historia pierwszych tygodni II wojny światowej? Nie liczcie na to, że obce narody uratują Polskę, ponieważ na pierwszym miejscu postawią własny interes.• Nie polegajcie na pasywnej obronie, ponieważ przekazuje ona inicjatywę wrogowi. Warto dokładnie zbadać podejście Izraela do obrony, ponieważ przetrwał on dziesięciolecia w otoczeniu wrogich sąsiadów, będąc przygotowanym do uderzenia jako pierwszy, gdy było to konieczne. Polska może powstrzymać obcą agresję tylko wtedy, gdy ma środki do aktywnej obrony (np. przez uderzanie w cele poza jej granicami).• Nie opuszczajcie terytorium Polski bez walki. Wykorzystujcie wszystkie zasoby, takie jak cywilna siła robocza, do tworzenia nowych umocnień (np. takich jak okopy, barykady uliczne w Warszawie).• Agresor może dążyć do wykorzystania wewnętrznych podziałów politycznych w Polsce. Zarówno Niemcy, jak i Sowieci użyli podziałów etnicznych i politycznych, aby uderzyć polski rząd. Żołnierze polscy (domena publiczna). Na koniec chciałbym zapytać o Pańską perspektywę badawczą, ponieważ wydaje mi się to bardzo interesujące. Służył Pan wiele lat w armii amerykańskiej. Czy perspektywa byłego żołnierza pozwala lepiej zrozumieć historię II wojny światowej, czy w jakiś sposób przeszkadza? Służąc w wojsku, spojrzałem z uznaniem na wiele czynników, które mają wpływ na wynik działań wojennych; często małe rzeczy mogą mieć duże oddziaływanie. Myślę jednak, że trudniej jest zrozumieć historię wojskowości, jeśli rozumie się, jak działa organizacja wojska i podejmowanie pięćdziesięciu lat uczę się historii wojskowości, ale jest kilka rzeczy, o których nie można dowiedzieć się z książek. Uważam, jak napisał rzymski historyk Tacyt, że „tylko umarli widzieli koniec wojny” i że ludzie miłujący wolność muszą zawsze być gotowi bronić swojej wolności przed tymi, którzy próbowaliby im ją książkę Roberta Forczyka pt. „Fall Weiss. Najazd na Polskę 1939”Robert Forczyk„Fall Weiss. Najazd na Polskę 1939”40,99 złTytuł oryginalny: „Case White. The Invasion of Poland in 1939”Wydawca: Dom Wydawniczy RebisTłumaczenie: Jan Szkudliński
Turcy uparcie stukają do wrót Europy. Tym razem ich głos ma dobiegać spod ziemi - z tunelu pod Bosforem.
FilmTriage20091 godz. 39 min. {"id":"479805","linkUrl":"/film/Selekcja-2009-479805","alt":"Selekcja","imgUrl":" Dwóch doświadczonych reporterów wojennych, a zarazem przyjaciół, Mark i David, wyrusza na misję do Kurdystanu. Podczas gdy ten pierwszy żyje nadzieją, że dzięki... więcejTen film nie ma jeszcze zarysu fabuły. {"tv":"/film/Selekcja-2009-479805/tv","cinema":"/film/Selekcja-2009-479805/showtimes/_cityName_"} {"linkA":"#unkown-link--stayAtHomePage--?ref=promo_stayAtHomeA","linkB":"#unkown-link--stayAtHomePage--?ref=promo_stayAtHomeB"} Dwóch doświadczonych reporterów wojennych, a zarazem przyjaciół, Mark i David, wyrusza na misję do Kurdystanu. Podczas gdy ten pierwszy żyje nadzieją, że dzięki sfotografowaniu tragicznych wydarzeń stanie się sławny i ceniony, drugi nie może pogodzić się z okrucieństwem wojny i jak najszybciej chce wrócić do swojego kraju, by opiekować się żoną spodziewającą się dziecka. Wkrótce ranny Mark trafia do szpitala dla repatriantów, gdzie dowiaduje się, że David zaginął...Film kręcono w Alicante (Hiszpania) oraz w Irlandii. Zdjęcia do filmu trwały od kwietnia do czerwca 2008 roku. Colin Farrell przygotowując się do roli zrzucił 44 funty. Podobno odżywiał się głównie czarną kawą, dietetyczną colą oraz tuńczykiem, przez co osiągnął sylwetkę o wyglądzie niemal szkieletu, czym zaskoczył zarówno reporterów jak i najbliższych przyjaciół. Danis Tanović to przede wszystkim wybitny dokumentalista, którego głównym celem jest pokazanie, jak wojna okalecza ciało i psychikę człowieka. Nie moralizuje on jednak i nie wzywa do solidarności – zamiast tego potwierdza on odwieczną, metafizyczną w swym wymiarze prawdę, że na wojnie o losie człowieka decyduje czysty przypadek. więcej To premiera światowa filmu była 11 luty 2011 (Świat) a nie w 2009 . Błąd . Przecież to nowy film . Cala historia ukazana w filmie opiera sie na jednym wydarzeniu i konsekwencjach z nim zwiazanych. Jednak tak naprawde moglby byc to krotki watek jakiejs produkcji, a zostalo to rozwiniete do calego filmu fabularnego. Calosc wyglada troche nudnawo, fabula jakby sie ciagnie, nie ... więcej wszystkich krytykujących odsyłam do biografii reżysera. spędził lata na froncie filmując wojnę. skoro nakręcił film fabularny o takiej tematyce, to dla mnie nie tylko przekaz jest prawdziwy, ale i każda scena. a jako psycholog mogę dodać, że sam proces leczenia pokazany jest wybitnie. dla mnie ... więcej Nie ma prawie żadnych zwrotów akcji, więc nic się nie stanie jak się przyśnie, strzelanina jest jedna także nie jest za głośno kiedy boli głowa oraz nie ma się nad czym zastanawiać w momencie kiedy nie jest się do tego zbyt zdolnym. Naprawdę polecam jak wyzej, ale zeby było w miare sprawiedliwie dam 4
.